P.O.V. Anya
Powrót na londyńskie przedmieścia
sprawił, że wreszcie poczułam się lepiej.
To trochę tak, jakby po
przekroczeniu progu kamień spadł z mojego serca, roztrzaskując się o drewnianą
podłogę w przedpokoju. I dobrze, wcale nie chciałam go z powrotem - nawet nie
wiedziałam, że tak mi ciążył, dopóki wreszcie nie zniknął.
Przeszłam przez salon, wciąż utykając na chorą
nogę. „Zawsze mogło być gorzej”, pocieszałam się od kilku dni tymi samymi
słowami, choć do końca nawet w nie nie wierzyłam. Problemem nie były obrażenia
fizyczne, a raczej to, jaką burzę emocjonalną przeżywałam wewnętrznie. Od kilku
tygodni jednocześnie czułam strach, frustrację i złość, których nie potrafiłam
się pozbyć. Miałam wrażenie, że pewnego dnia po prostu wybuchnę i pogrzebie
wszystkich bliskich w moich problemach, czego próbowałam unikać od lat.
Jak to wszystko w ogóle się zaczęło? Nie
pamiętałam odkąd zaczęłam się tak czuć. Czy to możliwe, że do tej pory aż tak
przeżywałam rozstanie z Horanem? Albo może bałam się zmian w życiu, braku
perspektyw i planu na przyszłość? Choć ten problem już się rozwiązał, więc
gdyby to było przyczyną, to rozdział już dawno zostałby zamknięty. Czyżby
kolejna porażka w branży muzycznej tak bardzo mnie złamała? To również nie
wydawało się możliwe, bo mimo wszystko, wcale mnie to aż tak nie obeszło, jak
Ines, Venię czy Caroline.
Opadłam na fotel w salonie, ciężko oddychając.
Stres, strach, ból i niewiedza. Pomału zaczynałam mieć dość własnego życia,
choć dla postronnych obserwatorów wydawało się takie cudowne. Przeczytałam już
tak wiele komentarzy pisanych przez fanki Louisa, zazdroszczących mi szczęścia,
które ponoć miałam od momentu narodzin. Prawdą było, że nie miałam problemów
finansowych, ani jakichś tragedii zdrowotnych. Miałam kilkoro dobrych
przyjaciół, na których raczej mogłam liczyć. Ale mimo to odnosiłam wrażenie, że
czegoś mi brakuje. To musiało być coś takiego, bez czego naprawdę trudno jest
żyć, skoro sprawiało, że czułam smutek.
Westchnęłam, przyglądając się Louisowi, który
z zawzięciem targał moją walizkę po schodach na górę, do mojego pokoju, w
którym nie byłam od trzech miesięcy. Odzwyczaiłam się od tego miejsca. Mogłabym
nawet śmiało powiedzieć, że nie pamiętałam dokładnie jak wygląda. Wiedziałam,
że ma zielonkawe ściany, kilka plakatów nad łóżkiem, pomarańczowe zasłony i
kilka sporych półek po brzegi wypełnionych przeczytanymi już książkami.
- Może byś... pomogła... - wysapał Loui,
stojąc na środku schodów.
Zmierzyłam go morderczym spojrzeniem. Mama
kazała mu zanieść moje walizki, które miałam ze sobą jeszcze we Francji, ponad
tydzień temu. Mógł skorzystać z pomocy któregoś z chłopaków, kiedy miał okazję,
a on teraz chciał żebym taszczyła je z nim na górę, kiedy nawet nie byłam
jeszcze w pełni sprawna fizycznie?
- Dobra, nieważne - mruknął, kiedy dostrzegł,
że mam naprawdę zły humor i lepiej się dzisiaj ze mną nie drażnić. - Musimy
dzisiaj... poważnie porozmawiać - sapnął jeszcze z samej góry i zniknął mi z
oczu. Usłyszałam tylko cichy jęk, kiedy coś głucho stuknęło.
Z jednej strony byłam ciekawa, o czym chciał
rozmawiać. Z drugiej jednak zdawałam sobie sprawę, o co mogło chodzić i wcale
mi się to nie podobało. Minęło już trochę czasu, ale rany wciąż pozostały
niezagojone, choć wszystkim wmawiałam inaczej. Nawet samej sobie, co poniekąd
mi się udawało, ale zazwyczaj na bardzo krótko. Później moje myśli znów
swobodnie biegały swoimi torami i wpadały na przeszkody, które rujnowały moje
wszelakie postanowienia.
Kiedy Louis zbiegł ze schodów, wpadł do kuchni
po coś do picia i od razu wrócił do salonu, by jak najszybciej podjąć rozmowę.
Uśmiechnęłam się niemrawo, próbując chociaż wyglądać na wyluzowaną.
- Przez ten tydzień będziemy w Londynie,
później znowu ruszamy w trasę po Anglii, wracamy na kolejne kilka dni i zaczyna
się podróż po Europie - wyjaśnił, popijając sok pomarańczowy prosto z kartonu.
- Okej, dobrze wiedzieć.
- Widać, jak się cieszysz. - Westchnął, rozsiadając
się wygodniej na kanapie.
- Cieszę się. - Na nic więcej nie było mnie
stać, bo tak naprawdę wcale mnie to nie cieszyło.
Miałam nadzieję, że od razu zaczynają trasę po
Europie i nie będę musiała więcej widywać Nialla. Nie dlatego, że nie chciałam
go widzieć. Chciałam aż za bardzo. Nie byłam pewna, jak się zachowam, kiedy
wreszcie się spotkamy - bałam się, że zrobię coś głupiego przez to, że tak
bardzo za nim tęsknię.
- Obydwoje jesteście nie do
zniesienia - warknął, wbijając wzrok w sufit.
- Jak to?
- Niall zachowuje się identycznie. Niby nic go
to nie obchodzi, a wciąż żyje gdzieś w swoim świecie. Niby da się z nim
porozmawiać, a jednak ma się uczucie, że mówi się do ściany. Możecie wreszcie
to załatwić? Raz a porządnie, żebyśmy my, biedni, postronni obserwatorzy mogli
mieć już święty spokój? - zaatakował, bo chyba nie widział już innego wyjścia z
sytuacji. W sumie wcale mu się nie dziwiłam, bo to, co czuł Louis, ja
odczuwałam dwa razy bardziej, co doprowadzało mnie do szaleństwa. Ciekawe, czy
on zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo mnie jest źle.
- Możemy - usłyszałam za sobą spokojny głos
Horana, a chwilkę później poczułam jego dłoń na ramieniu.
Kiedy spojrzałam w górę, uśmiechał się do mnie
promiennie, ale w bardzo dziwny sposób, jak gdyby właśnie zobaczył koleżankę z
podstawówki, z którą nie rozmawiał od wielu, wielu lat. - Miałem nadzieję, że
porozmawiamy, kiedy wrócisz - spojrzał na mnie, kiwając głową w stronę drzwi.
Nie wiedziałam, czy bardziej bolało, czy
cieszyło mnie to, jak swobodnie się zachowywał. Po chwili dotarło do mnie, że
jednak to uczucie gdzieś w głębi serca, to na pewno nie radość. To było coś
dziwnego - pomieszanie ekscytacji, zdenerwowania i żalu w tym samym czasie.
Kiedy nasze oczy się spotkały, poczułam jak serce przyspiesza bicia. Pomału do
mnie docierało, że za chwilę miało się stać coś bardzo ważnego. Historyczna
chwila Anialla - wreszcie ułożymy nasze sprawy; te, które zaprzątały mi głowę
od wielu miesięcy. Gdy wreszcie to zrozumiałam, poczułam ból, który pomału
zjadał mnie od środka.
Kiedy staliśmy już razem na werandzie za
domem, nie mogłam tak po prostu go przytulić i obiecać, że wszystko będzie
dobrze. Niall nie był już mój i chyba to przyniosło mi największe
rozczarowanie, bo tak naprawdę gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że to się
wydarzy. Że padniemy sobie w ramiona i w ten jakże prosty sposób wrócimy do
siebie. Ale to nie jest komedia romantyczna, jak widać niepotrzebnie
nastawiałam się na happy end.
Przez kilka dobrych sekund staliśmy w ciszy,
nawet na siebie nie patrząc. Ukradkiem zerkałam w jego stronę, zastanawiając
się, co mógł sobie w tej chwili myśleć. O czym chciał rozmawiać z tak grobową
miną? Nasz związek już dawno umarł, każde z nas przeszło już żałobę, po swojemu
- on z pomocą nowej dziewczyny, ja w samotności, z drobną pomocą alkoholu.
Pogrzeb już się odbył, mowa pożegnalna została odczytana w dniu potocznie
nazwanym przez moją mamę karmelowym, od
kawy jaką wtedy razem piłyśmy.
- Nie wiem, od czego zacząć - wydukał w końcu
Niall, schodząc po kilku drewnianych stopniach. Wyciągnął rękę, by mi pomóc,
jednak ja uporczywie szłam sama, udając, że czuję się świetnie i nic mnie już
nie boli. Największej niezdarze na świecie nic nie mogło pójść jak z
płatka, więc nic dziwnego, że o mały włos nie spadłam ze schodków. W
wyobraźni już leżałam na ziemi, kiedy w realu poczułam silne, niallerskie
ramiona.
Zalała mnie fala gorąca, gdy wreszcie z bliska
spojrzeliśmy sobie w oczy. Błękitne niczym niebo w pogodny dzień; chciałam by
ta chwila trwała wiecznie. Od dawna nie miałam nikogo tak blisko siebie, nikt
nie trzymał mnie w ramionach, chroniąc przed brutalnością tego świata. Szkoda,
że ten świat zatruł także najwspanialszy związek, jaki kiedykolwiek z
kimkolwiek stworzyłam. Niall odsunął się, gdy tylko pomógł mi stanąć na nogach.
- Chciałem pomóc - powiedział tylko z lekkim
wyrzutem, besztając mnie wzrokiem.
To wszystko. Zwykłe -
w dodatku bardzo oschłe - „chciałem pomóc”.
Jako głupia romantyczka znów spodziewałam się fajerwerków. Niestosownego,
szalonego, ale bardzo romantycznego zachowania. Takiego w stylu prawdziwego, mojego Niallera, który nie
przepuściłby takiej okazji.
- Nie chcę twojej pomocy - warknęłam,
odsuwając się od niego na kolejny krok. Wszystko szło nie po mojej myśli, co
zaczynało mnie coraz bardziej irytować.
- Anya, proszę cię, nie bądź taka... - zaczął.
Dopiero co się pojawił, a ja już miałam go dość. Czy tak miało być już zawsze?
Czy już nigdy się nie dogadamy? Przecież kiedyś byliśmy przyjaciółmi... - Wiem,
że jesteś zła...
- Zła? ZŁA? Jestem wściekła! Po cholerę
kazałeś mi czekać, skoro od razu dobrałeś się do Demi? Chciałeś mieć opcję
awaryjną, w razie gdyby ci nie wyszło?! - podniosłam głos, nie bardzo
przejmując się faktem, że znajdowaliśmy się na dworze i każda postronna osoba
mogła nas podsłuchać. Nawet jakby, to jego problem, nie mój.
- To nie tak, jak myślisz... daj mi to chociaż
wytłumaczyć! - krzyknął, kiedy odwróciłam się do niego plecami. Odechciało mi
się z nim rozmawiać. Z gniewu wrzała we mnie każda najmniejsza komórka ciała.
Byłam w stanie powiedzieć mu dużo nieprzyjemnych rzeczy. Nie chciałam
przesadzić, dlatego lepiej było po prostu się wycofać. - Zaczekaj! -
Przystanęłam w miejscu. Naprawdę tego chciał? Naprawdę chciał się teraz kłócić?
- Co chcesz tłumaczyć? „To nie tak" brzmi raczej oklepanie, nie sądzisz?
- Może jakbyś nie była taka uparta, to już
dawno wszystko byłoby wyjaśnione - warknął, zagradzając mi drogę.
- Tak, bo to wszystko jest moja wina!
- A nie jest? Gdybyś chociaż raz odebrała ten
pieprzony telefon, to już dawno mielibyśmy tę rozmowę za sobą.
Wpatrywałam się w niego bez słowa. W mojej
głowie kłębiło się milion myśli, których nijak nie mogłam poukładać. Czy to był
ten czas, w którym powinnam mu wszystko wyjaśnić? Wydawać się mogło, że lepszej
chwili już nie znajdę. Zebrałam więc w sobie całą odwagę, której w gruncie
rzeczy zostało mi zaledwie kilka gramów.
- Wyobraź sobie, że może miałam ku temu
powód. - Wreszcie odważyłam się na niego spojrzeć. Pomimo tonu, jakiego używał,
na jego twarzy nie było widać śladu wściekłości. Wyglądał naturalnie, wręcz
niewinnie, jakbyśmy rozmawiali na zupełnie inny temat.
- Jaki powód?
- Co, jeżeli wcale nie chciałam zrywać? Co,
jeżeli jestem zwykłym tchórzem i zamiast postawić na swoim, po prostu się
poddałam? Jeżeli ci powiem, że próbowałam się z ciebie bezskutecznie wyleczyć
przez cały ten czas, nie odbierając twoich telefonów i unikając spotkań z tobą
do tego stopnia, że zostałam w Paryżu ponad miesiąc dłużej, to co z tym
zrobisz?
Postawiłam wszystko na jedną kartę. W sumie,
co miałam do stracenia? I tak nie potrafiliśmy wrócić w spokoju do
przyjacielskich stosunków, więc albo w jakiś sposób musiałam go sobą ponownie
zainteresować, albo pogodzić się z faktem, że straciłam nie tylko chłopaka, ale
jednego z najwspanialszych przyjaciół wszech czasów.
- Kochasz mnie?
Jego bezpośredniość całkowicie zbiła mnie z
tropu. Że co?
- Kto normalny pyta o takie rzeczy? - Ledwo
wydukałam z siebie to pytanie, zwyczajnie zabrakło mi tchu. Byłam w szoku. Nie
spodziewałam się takiego obrotu całej konwersacji. Co teraz zrobić? Jak się
zachować? Odpowiedzieć...?
- W takim razie nie jestem normalny. Pytam
poważnie, kochasz mnie jeszcze?
Jego ton zmienił się nie do poznania. Nie był
już oschły, ani zdenerwowany, nie był nawet neutralny. Przy drugim pytaniu
załamał mu się głos, jakby nie wytrzymywał już emocjonalnego napięcia. Czy
naprawdę aż tak go to zaskoczyło? Przesuwał wzrokiem po mojej twarzy: oczy,
nos, usta, usta, oczy, oczy, usta. Wyglądał na bezbronnego, delikatnego i...
jedyne, na co miałam teraz ochotę, to mocno go przytulić i gorąco pocałować.
Pocałować tak, żeby już nigdy nie wątpił w moje uczucia co do niego. Ale moje
ego nie chciało przystać na taką propozycję. Moje ciało nie słuchało serca,
słuchało umysłu, który w tym momencie przygwoździł mnie do ziemi, zabronił się
ruszyć nawet o milimetr.
- Ja... - zawahałam się. Prawdziwe „kocham cię" to w takiej sytuacji za
dużo. Nie potrafiłam tego powiedzieć. Nie teraz. Nie pod presją. Choć
wiedziałam, że od tego zależy nasza przyszłość, nie chciałam wychodzić przed
szereg. - Zależy mi na tobie. Brakuje mi ciebie. Tęsknię za tobą. Czy to nie
wystarczy?
Przez chwilę wpatrywał się we mnie bez słowa.
Wyglądał, jakby właśnie kalkulował wszystko w głowie, układał plan, wyliczał
plusy i minusy wszystkiego, co za chwilę miało się wydarzyć. Właściwie, to nie
miałam pojęcia, kiedy pokonał całą dzielącą nas odległość. Zarejestrowałam to
dopiero, kiedy znajdował się kilka centymetrów przede mną, wciąż natarczywie
lustrując mnie wzrokiem. Jeżeli szukał oznak sprzeciwu, to nie miał na co
liczyć. Za długo na to czekałam. Gdzieś podświadomie miałam nadzieje, że
właśnie tak to się skończy. Że jeszcze wszystko naprawimy. Kto, jak nie my?
Ten pocałunek był milion razy bardziej wart
zapamiętania, niż nasz ostatni, pożegnalny. Tym razem żadne z nas się nie
spieszyło. Jak gdybyśmy mieli przed sobą całą wieczność, a może i jeszcze
więcej. Dotknął nosem mojego policzka. Nie do wiary, że tak błahy ruch wywołał
we mnie tak gwałtowną reakcję - całe moje ciało zalała fala gorąca, poczułam
znajome dreszcze, podróżujące wzdłuż kręgosłupa. Sekundę później dokładnie w
tym miejscu na plecach poczułam jego dłoń - miał cholernie zimne ręce, ale
to wcale nie było nieprzyjemne. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie,
tak, że między nami nie było już żadnej wolnej przestrzeni. W tym samym czasie
wreszcie wpił się w moje usta, tak bardzo spragnione jego pocałunków. Nawet nie
przypuszczałam, że aż tak mi go brakowało. Jego obecności, dotyku, zapachu....
jego całego. W momencie, w którym zniknął z mojego życia, zabrał ze sobą wszystko,
co najważniejsze. Zaburzył całą równowagę mojego świata. To trochę przykre, że
nagle stanął w jego centrum - jednak niezaprzeczalnie prawdziwe. Potrzebowałam
go i właśnie to sprawiło, że potrafiłam mu tak wiele wybaczyć. Choć nie
zapomniałam i pewnie długo nie zapomnę tego, ile przez niego wycierpiałam,
potrafiłam mu wybaczyć.
- Wystarczy... - odpowiedział cicho. Zdążyłam
zapomnieć, że zadałam mu pytanie. Zdążyłam zapomnieć, o czym w ogóle przed
chwilą rozmawialiśmy. - Wystarczy, że ja ciebie kocham - dodał, ponownie
kradnąc kolejny pocałunek, jeszcze dłuższy od poprzedniego. Pomału zaczynało mi
brakować tchu. Zaparło mi dech w piersiach, bo właśnie wyznał mi miłość. Było
tak, jakbyśmy nigdy się nie rozdzielali. Jakby ostatnie miesiące nie istniały,
co w ogóle nie miało sensu. Ale czy miłość musi mieć sens? To prędzej ona jest
sensem życia sama w sobie. Jest lekarstwem na zło, jest odpowiedzią na pytania,
jest światłem w ciemności. Ja to światło znalazłam i to czyniło mnie
szczęśliwą. Przynajmniej w tej chwili.
Kto by pomyślał, że tak cudowny wieczór mógł
sprawić tyle problemów, jakie miały przyjść w konsekwencji...
*
- Czyli... tak właściwie, to nic sobie nie
wyjaśniliście? - zapytała Riven, odbierając swoje lody w rożku od kasjerki.
Mięta i czekolada, cudowne połączenie na zakończenie cudownego dnia.
Westchnęłam. Coldaw nie przyjęła za dobrze mojej opowieści. Choć rozmawiałyśmy
o tym ponad dwie godziny temu, do tej pory robiła mi wyrzuty. - Nie rozumiem
cię, Anya! Jak możesz tak... wystarczy, że się pojawił, a ty już lecisz na jego
zawołanie? Co jest z tobą nie tak? - zapytała, kiedy spacerowałyśmy (ona spacerowała,
a ja kuśtykałam obok niej, próbując jeść loda i podtrzymać się o kulach w tym
samym czasie) wzdłuż alejki w parku. Choć robiło się późno, wciąż było
niesamowicie gorąco. Lody były naszą ostatnią deską ratunku i chwała temu, kto
je wymyślił.
- Wcale nie jestem na jego zawołanie. Ja po
prostu... tęskniłam za nim - wybełkotałam, zajadając swój smakołyk.
- Jesteś desperatką. Tylko tyle powiem.
- Powiedziała dziewczyna, która biegała za tą
suką Joycelyn przez tyle czasu.
- Co... co to ma do rzeczy? - zapytała,
całkowicie zbita z tropu i chyba dość zraniona moją podłością.
- A to, że ona tylko chciała dotrzeć do
Harry'ego. Co jest w tym najgorsze? Że sama dobrze o tym wiedziałaś, a wciąż ci
na niej zależało - wytłumaczyłam, tym razem trochę bardziej cierpliwie. Wcale
nie chciałam jej zranić. Po prostu miałam dość jej ciągłych ataków,
bezustannych ocen mojego postępowania. Riven nie była święta i obydwie o tym
wiedziałyśmy.
- Myślałam, że ten temat jest już zamknięty.
Omal nie zrujnowałaś naszej przyjaźni przez takie gadanie, pamiętasz? -
warknęła, przyspieszając kroku.
Przystanęłam w miejscu, patrząc za
naburmuszoną czarnowłosą, ubraną w koronkową sukienkę. Skąd u niej dzisiaj tyle
negatywnych emocji? I dlaczego jak zwykle obrywało się akurat mnie?
- Dlaczego wszyscy to robicie? - zapytałam
dość cicho. Odwróciła się w moją stronę, po raz kolejny tego dnia zdziwiona
moim zachowaniem. Wyglądała dość komicznie, ściskając loda w jednej ręce, drugą
mnąc sukienkę ze zdenerwowania z miną rozgniewanego dziecka. Ale mimo wszystko,
mnie wcale nie było do śmiechu.
- Co robimy? - burknęła.
- Dlaczego, do cholery jasnej, wszystko zawsze
jest uznawane za moją winę? Najpierw Niall, teraz ty... Czemu za każdym razem,
wszystko zwalacie na mnie?! - podniosłam głos. Nagły przypływ gniewu zaskoczył
mnie samą, ale nie na tyle, żebym przestała. Nie teraz, kiedy wreszcie
potrafiłam powiedzieć to, co tyle czasu leżało mi na sercu. - To nie jest moja
wina, że Joy nie żyje! To nie moja wina, że Luke wrócił do miasta! To nie moja
wina, że się do mnie przystawiał przez tyle czasu, denerwując Nialla! To nie ja
dałam ci kosza, to nie ja kazałam ci się zmieniać. Nie tylko ja zawaliłam na konkursie
i nie tylko ja przegrałam, a czuję się, jakby tak było - mówiłam i mówiłam,
kiedy po moich policzkach zaczęły płynąć łzy. - Nie mam zamiaru przez całe
życie być kozłem ofiarnym. Nie chcę brać na siebie całego zła świata, nie
jestem Matką Teresą. Jestem słaba i pomału już nie daję rady, a wy jeszcze mi
wszystko utrudniacie - szlochałam. Z każdym kolejnym słowem, robiło mi się
coraz lżej na sercu. Kiedy wreszcie podzieliłam się z kimś swoim bólem... nagle
stał się mniej uciążliwy. Tymczasem Riven patrzyła na mnie, jakby widziała mnie
pierwszy raz w życiu. Rozchyliła delikatnie usta, chyba nie bardzo wiedząc, co
powiedzieć.
- Any, skarbie... - zaczęła, podchodząc do
mnie niepewnie. Jeżeli bała się, że dojdzie do rękoczynów, to się myliła. Nie
byłabym w stanie nigdy nikogo skrzywdzić. Bynajmniej nie fizycznie. - Spokojnie
- dodała, przytulając mnie do siebie. Długo wypłakiwałam się w jej rękaw. Nawet
nie byłam świadoma tego, jak wiele negatywnych emocji ostatnio się we mnie
nazbierało. Wiedziałam, że było ze mną źle... ale jeszcze nigdy nie płakałam
tak otwarcie przed drugą osobą. Nigdy nikomu nie powiedziałam o tym, jak
naprawdę w głębi duszy się czuję. To dziwne uczucie... wreszcie się wygadać. -
Przepraszam. Nie wiedziałam, że... jest aż tak źle.
- Nie jest - szybko zaprzeczyłam, ale kolejna
fala płaczu przekonała mnie o tym, że znów kłamię. - A może i jest? Nie wiem,
co się ze mną dzieje. Przestałam sobie z tym radzić. Pomału mam dość -
szepnęłam, wtulając twarz w jej włosy.
- Anya, pamiętaj, że zawsze tu jestem, okay?
Nie wiem skąd u ciebie to założenie, że wszystko musisz naprawiać sama. Nie
musisz. Nikt nie lubi być sam i chyba tak naprawdę mało kto to potrafi.
Rozmawiaj ze mną czasem, proszę cię. Poza tym... chyba musimy kupić ci nowe
lody - dodała na koniec, poprawiając mi tym humor. Spojrzałam na rozmokłą
ciapę, która ściekała mi teraz po ręce.
- Fuj - skwitowałam, uśmiechając się niemrawo.
Chwilowo zrobiło mi się lepiej na duszy, choć czułam, że jest jeszcze dużo
rzeczy, które tak łatwo nie dadzą mi spokoju.
- Wracając do Nialla... cóż, może masz rację?
Nie mnie go oceniać, ja prawie chłopaka nie znam. Nie lubię go, bo cię zranił,
to wszystko. Ale jeżeli chcesz mu dać drugą szansę, jeżeli potrafisz mu
zaufać... okay. Nie będę cię więcej oceniać, ale od razu ci mówię, że będę go
obserwować, bo coś... coś jest z nim nie tak - wyjaśniła. Kiwnęłam głową. Na
taką propozycję mogłam przystać. - Choć przyznam, że zachowujesz się... co
najmniej nielogicznie. Doprawdy, nie rozumiem - dodała po chwili namysłu.
- Według ciebie miłość jest logiczna? Bo dla
mnie nigdy nie była - odpowiedziałam bez wahania.
Zawahała się.
- No właśnie - dodałam. - Poza tym, wyluzuj.
Nie idę z nim do łóżka, a tym bardziej nie zamierzam od razu za niego wychodzić.
To tylko... taki okres próbny. Mimo wszystko mi na nim zależy i cholernie się
za nim stęskniłam. - Widziałam, że moje argumenty i tak do niej nie
przemawiały, więc postanowiłam nic więcej nie mówić.
~*~

#NU_ff
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!