23 września 2017

Rozdział XV: Dwa złamane serca, cztery obietnice



- Lukey, jak możesz tak mówić po tym wszystkim, co razem przeszliśmy? Myślałam, że...
- Że co? Że teraz jak posypało ci się z Horanem, to rzucisz mi się w ramiona i wszystko będzie jak kilka lat temu? Odtrącałaś mnie już dziesiątki razy, wybrałaś jego - warknął. W słowach była wściekłość, ale oczy wciąż wyrażały nadzieję.
Raniłam go niejednokrotnie i wiedziałam, że chociaż wciąż mogłam liczyć na jego obecność... nie był już tym samym człowiekiem, którego znałam. Najgorzej bolał fakt, że to ja go zmieniłam. Moim niezdecydowaniem, szaleńczą pogonią za miłostką, w którą tak uporczywie wierzyłam, że przetrwa. Choć w głębi duszy wiedziałam, że to nie Horan jest miłością mojego życia, nie chciałam przyjąć tego do wiadomości. Oddałam Niallowi wszystko, co miałam - całą moją duszę, całe serce. Jak po tym wszystkim miałam tak po prostu odpuścić?
Miłość blednie, serce łamie się raz po raz, a na końcu nie ma już nikogo, kto mógłby pomóc mi się znowu podnieść. Bo goniąc za przyszłością z Horanem, odtrąciłam wszystkich, którym na mnie zależało. Nawet Luke, ten, który kochał mnie całym sercem, teraz patrzył na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.
- Uważasz, że powinnam zostać z Niallem? Być nieszczęśliwą do końca życia tylko dlatego, że kiedyś myślałam, że tak wygląda związek?
- Nie wiem, co powinnaś zrobić. Szczerze, to sam nie wiem, co ja tu robię. - Wahał się przez chwilę, uciekając ode mnie wzrokiem. Gdy w końcu zdecydował, że wszystko z siebie wyrzuci, utkwił spojrzenie w moich oczach. - Kiedy do mnie zadzwoniłaś zapłakana, chyba na chwilę zapomniałem o wszystkim, co zrobiłaś przez ostatnich kilka miesięcy. Rzuciłem ci się na pomoc... chyba z nawyku. Bo tak naprawdę wcale nie chcę tu być. Nie chcę znowu rozwiązywać twoich problemów z Horanem. - To bolało jeszcze bardziej, kiedy wbijał sztylet patrząc mi głęboko w oczy. - Pamiętasz, jak siedziałem przy tobie dzień i noc, w każdej wolnej chwili, gdy leżałaś w szpitalu? Byłem na każde twoje zawołanie, na każdy twój telefon, bo tak cholernie mi na tobie zależało. I miałem nadzieję, że może jak wreszcie zobaczysz, kto się zjawia, gdy tego potrzebujesz... to może wreszcie zrozumiesz, że to mnie powinnaś gonić. To mnie powinnaś nazywać "miłością życia", nie jakiegoś patafiana, który cię zdradza, który cię nie szanuje, który nawet nie był przy tobie, bo podobno się bał. To jedna z najgorszych wymówek, jakie słyszałem - ciągnął. Zaczęły uginać się pode mną kolana. Teraz naprawdę czułam, że go tracę. To było oficjalne zamknięcie wszystkiego, co do tej pory między nami było. Ostatni moment, by temu zapobiec... a mi brakowało słów. Gdy wreszcie przyszedł czas na rozmowę, nie wiedziałam co powiedzieć. - Wiesz jak ja byłem przerażony, gdy wyznałem ci, że cię kocham? Gdy przyszedłem z kwiatami do twojego domu? Mogłem zastać Horana, mógł tam być cały tabun jego kumpli, gotowych przetrzepać mi skórę za takie cyrki, ale zrobiłem to, bo to był jeden z niewielu sposobów, by pokazać ci, że wciąż o tobie pamiętam. Bałem się za każdym razem, gdy na nowo próbowałem cię zdobyć, ale nigdy nie przeszkodziło mi to w byciu obok. Horanowi przeszkodziło. A ty i tak wybrałaś jego.
Nie byłam pewna, czy to gra świateł, czy w jego oczach naprawdę zalśniły łzy. Luke zawsze zgrywał twardziela, jakby nigdy na niczym mu nie zależało. A teraz stał przede mną, obnażony z uczuć, emocjonalnie nagi, bezbronny. On tak bardzo się przy mnie zmieniał. Otwierał się przede mną, mimo że tyle razy już go zraniłam.
- Lukey?
Nie zdobyłam się na nic więcej, oprócz jego imienia. Czułam, jak ogarnia mnie panika. Nie mogłam go stracić. Nie teraz, kiedy wreszcie była jakakolwiek szansa na ułożenie życia od nowa. Na pójście tą drogą, która zapisana była nam od dawna. Którą rzuciłam w cholerę, goniąc za niespełnionymi obietnicami szczęśliwego życia. Od paru miesięcy nie byłam szczęśliwa. Czasem zdarzały się chwile przebłysku, ale oprócz nich... czułam się jak roztrzaskana porcelanowa lalka.
Nie spuszczał ze mnie wzroku. Intensywność jego spojrzenia sprawiała, że bałam się jeszcze bardziej. Jeżeli źle to rozegram - to koniec, pomyślałam.
- Jestem idiotką. Jestem głupia i niedoświadczona. Tak naprawdę nawet nie wiem, jak w to wszystko się wpakowałam. Ciebie tak długo nie było... nie odzywałeś się. Byłam pewna, że już o mnie zapomniałeś, że skoro nigdy nie odpowiedziałeś na moje wyznanie miłości, to znaczy, że nigdy mnie nie kochałeś i ja też mogę o tobie zapomnieć. Więc jak pojawił się Niall, po prostu rzuciłam się na głęboką wodę. Nie mogłam całe życie się powstrzymywać tylko dlatego, że w młodości kogoś kochałam. I na początku naprawdę było nam dobrze. Ale zapłonęliśmy za szybko, równie szybko się wypaliliśmy. Teraz oprócz sentymentu i resztek miłości, nie czuję nic więcej do Horana. Po tych wszystkich zdradach, po tym, jak łatwo godził się na przerwę od nas, jak wcale o mnie nie walczył... To nie jest miłość mojego życia.
Hemmings wyglądał jak posąg. Nie ruszał się, prawie nie mrugał. Oddałabym wszystko, co mam, żeby wtedy móc podsłuchać jego myśli.
- Luke... wiele spieprzyłam w życiu. Chciałabym cofnąć się w czasie i tyle rzeczy zrobić od nowa, lepiej, tak, żebym teraz mogła z uśmiechem patrzeć wstecz. Ale najbardziej chciałabym cofnąć się do tego momentu, kiedy byłeś przy mnie w szpitalu i tam powiedzieć ci, że zawsze zajmowałeś najważniejsze miejsce w moim życiu. Nawet będą z Horanem, myślałam o tobie. Przecież to nie było normalne. Od razu mogłam zrozumieć... po prostu ty byłeś dla mnie ważniejszy. Zawsze liczyłeś się ty i twoje zdanie.
- Nie mów tego, czego będziesz później żałować - warknął ostrzegawczo, ale na mnie nie zrobiło to większego wrażenia.
- Luke, to ty zawsze byłeś dla mnie najważniejszy. Przepraszam, że tyle czasu zajęło mi zrozumienie swoich własnych uczuć, ale teraz już wiem.
- Anya, nie mów tego, czego nie możesz...
- Kocham cię, Luke.
Zanim usłyszałam jakąkolwiek odpowiedź, rozdzwonił się jego telefon. Pierwsze nuty nieznanej mi, spokojnej melodii zamiast ukoić moje nerwy, tylko je spotęgowały. Zagryzłam wargę, gdy blondyn wreszcie odwrócił ode mnie spojrzenie. Ja też widziałam imię tej latawicy na wyświetlaczu.
- Kurwa - szepnął pod nosem.
Teraz to było jasne. Albo ona, albo ja.
To był jeden z niewielu momentów, gdy parę sekund zmieniło się w całą wieczność. Patrzyłam, jak walczy sam ze sobą. Niewidzialny sztylet już kreślił najgłębszą ranę na mojej piersi, jaką kiedykolwiek otrzymałam od życia, kiedy Hemmings przykładał telefon do ucha. Wedy spojrzeliśmy sobie w oczy i czas się zatrzymał. Kontury świata robiły się coraz bardziej rozmazane, pierwsze słone krople spływały już po moich policzkach.
Poczułam napływające fale poczucia winy. Nawet jeżeli nie ufałam Ines, w ostatnim czasie dała mu więcej uwagi i szczęścia, niż ja w ciągu ostatnich paru miesięcy. Zniszczyłam wszystko w parę sekund, dwoma słowami, jednym wyznaniem, które prawdopodobnie zmieni nie tylko nasze relacje, ale także ich. Luke miał prawo być szczęśliwy, a ja  nie miałam żadnego prawa mu tego odbierać. Byłam okropnym człowiekiem, który nie zasługiwał na księcia z bajki.

- Ines, to koniec - powiedział do rudzielca i nie czekając na jej odpowiedź, po prostu się rozłączył.
Serce przestało bić, świat przestał się kręcić, wszystko stało się jeszcze bardziej rozmazane, gdy Luke pokonał dzielącą nas odległość i zrobił to, na co mi nie starczyło odwagi. Jego ciepłe dłonie zakryły moje policzki, nasze spojrzenia się spotkały. Wspomnienia o pierwszym pocałunku w parku powróciły. Wtedy było cudownie, ale teraz o niebo lepiej. Bo teraz już wiedziałam, że właśnie tego chcę, tego potrzebuję.
Luke się nie spieszył. Kosztował tej chwili całym sobą, jakby za chwilę to miało okazać się żartem albo snem. Jakby miał się obudzić sam, dysząc ciężko i modląc się, by zasnąć jak najszybciej i wrócić do tego właśnie momentu. Też miałam dziwne wrażenie, że za chwilę wszystko się posypie. Do tej pory za dużo razy przechodziliśmy przez podobne momenty, które zawsze kończyły się bólem. Zazwyczaj gdy mnie całował, uciekałam. Pojawiało się poczucie winy, nie mogłam się nim nacieszyć, bo oficjalnie mogłam całować tylko Horana. Teraz Luke smakował wolnością. Przyciągnęłam go bliżej siebie, przywarłam do niego całym ciałem. Pasowaliśmy do siebie jak ostatnie dwie zaginione części układanki. I wreszcie wszystko ułożyło się w całość.
Powolne smakowanie chwili szybko stało się nudne, więc obydwoje przyspieszyliśmy tempa. Nasze dłonie wędrowały po spragnionych ciałach, łapczywie zdobywając nowych doświadczeń. Pomału traciłam oddech, kręciło mi się w głowie, ale nie chciałam tego przerywać. Mimo iż teraz miałam go tylko dla siebie, wciąż bałam się, co się wydarzy, gdy wrócimy do rzeczywistości.
Nie złożyliśmy żadnej obietnicy. Nie wiedziałam, co siedziało w jego głowie, jaki miał plan, jak chciał to wszystko dalej rozegrać. Dlatego całkowicie oddałam się tylko tej jednej chwili.
Tak jakby następna miała nigdy nie nadejść.
Delikatnie popchnął mnie na łóżko, znalazł się tuż nade mną. Wtedy przerwał nas pocałunek i spojrzał mi w oczy. O dziwo wcale nie spanikowałam. To wszystko wydawało się być takie naturalne i odpowiednie. Nagle pożałowałam, że nigdy nie robiliśmy tego wcześniej.
- "My mamy coś, czego wy z Niallem nie macie. Mamy wspólną historię. Znamy się szmat czasu i nie możesz zaprzeczyć temu, że zawsze coś między nami było."
Doskonale pamiętałam te słowa. Choć miałam wrażenie, że od tamtej chwili minęły już wieki. 
- Żałuję, że cię wtedy nie posłuchałam - szepnęłam, dotykając jego warg opuszkami palców. 
- Przynajmniej mogłem cię na nowo zdobyć - odpowiedział. 
Na chwilę zapadła cisza. Słychać było tylko nasze przyspieszone oddechy, które pomału wracały do swojego normalnego tempa. Tak dobrze znany mi nonszalancki uśmiech Luka właśnie pomału pojawiał się na jego twarzy. 
- Mówiłem ci, że jeszcze nie przegrałem - dodał po chwili namysłu i od razu zaczął mnie całować, nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć. 
Czy to znaczyło, że cała ta szopka z Ines również była tylko grą? Czy Luke naprawdę był w stanie wykorzystać  innego człowieka, by wzbudzić we mnie zazdrość? Może od razu wiedział, że Ines tylko sobie z nim pogrywa, więc wykorzystali siebie nawzajem? 
Teraz nie robiło to na mnie wrażenia. Na dobrą sprawę - nie obchodziło mnie to. Obydwoje dostaliśmy to, czego chcieliśmy i teraz nawet nie zważałam na to, kogo zraniliśmy lub wykorzystaliśmy po drodze. Po tym co przeszliśmy, należy nam się trochę radości i spokoju. 
A problemami świata zajmiemy się z samego rana. 



- Czyli technicznie rzecz biorąc, to Luke wcale nie powiedział, że cię kocha, tylko się z tobą przespał? - zapytała Riven, pożerając całe garści chrupek. Im więcej stresu dostawała, tym więcej jadła, co chyba pomału zaczynało wymykać się spod jej kontroli. Od tygodnia narzekała, że przytyła ponad pięć kilo, a zamiast wziąć się za siebie, jadła dalej. 
- Wolałabym nie patrzeć na to z tej strony - burknęłam, podbierając jej parę cheetosów. - Luke mnie kocha - zapewniłam bardziej siebie, niż ją. 
- Skoro tak twierdzisz. 
Wcześniej o tym nie pomyślałam. Zaraz po moim wyznaniu Hemmings przeklął, rzucił Ines i przeszedł do przypieczętowania naszej znajomości. Nie było żadnych ckliwych wyznań miłosnych. Myślenie o tym trochę mnie przerażało.
- Chyba... to chyba nie możliwe, żeby tak się na mnie odegrał? 
- Any, to ty znasz Luka od dziecka, nie ja. Mogę ci jedynie napomknąć, że jego zachowanie mnie alarmuje. Koniec końców rzucił Ines za pomocą jednego zdania i to przez telefon. Do gentelmenów to on nie należy, skarbie. 
Mimowolnie zaczęłam obgryzać paznokcie. Nie sądziłam, że tak wspaniały wieczór może przerodzić się w koszmar już następnego dnia. Czy ja naprawdę byłam aż tak naiwna, czy po prostu byłam beznadziejną romantyczką-optymistką, która uwierzyłaby każdemu? 
- Kurwa... - warknęłam.
- Cytując Luka. - Riven wybuchła gromkim śmiechem, czym o mały włos nie doprowadziła mnie do wybuchu gniewu. Co prawda nie byłam wściekła na nią, ale przy wybuchu burzy obrywa całe miasto. 
- Co się ze mną dzieje? - zapytałam bardziej siebie niż przyjaciółkę. 
- Co masz na myśli?
- Parę tygodni temu w życiu nie pomyślałabym czegoś tak okropnego o Hemmingsie. Nie pomyślałabym tak o żadnym znanym mi facecie, a teraz mam wrażenie, że każdy kręci, kombinuje i kłamie.
- Kochana, Niall złamał ci serce nie raz i nie dwa. Przestałaś mu ufać i chyba wyprał ci mózg na tyle, że teraz nie wierzysz w czyste zakochanie - wyjaśniła trochę zbyt rzeczowym tonem. Czy od początku o tym myślała, że tak ładnie wszystko ubrała w słowa? 
- Czyli twoim zdaniem Niall mnie zepsuł - podsumowałam, a Riven tylko pokiwała głową. 
- Luke nie jest taki jak Horan, on zawsze był obok mnie i był dla mnie. Nigdy nie chciał niczego w zamian, oprócz miłości - dodałam. 
Coldaw wzruszyła ramionami. Ona na pewno nie zaliczała się do grona niepoprawnych romantyczek. Dla niej wszystko miało powód i cel. Wszędzie widziała okazję i zyski. Byłaby naprawdę dobrą panią biznesmen z czarną teczką. 
- Masz jakieś wieści od Stana? Nie rozmawiałam z nim odkąd wróciłam do Nialla, bo ponoć zwariowałam, a on z wariatami nie gada - zacytowałam kolegę. Riven wybuchła śmiechem. 
- Tak, to brzmi w stu procentach jak Stanley - stwierdziła. Kolejne chrupki wylądowały w jej ustach, a gdy wreszcie je przełknęła, przekazała mi tak niesamowitą wiadomość, aż pożałowałam, że dałam mu zerwać naszą przyjaźń.
- Czyli nie tyle wreszcie zdobył Tony'ego na własność, ale jeszcze się do niego wprowadza? Kiedy? - zapytałam, a mój głos podskoczył o oktawę. 
- Z tego, co zrozumiałam, to już w tym miesiącu. - Jej wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Nagle spoważniała, nawet wytarła ręce z okruchów. - Niedawno dzwoniła do mnie Marisol - powiedziała wreszcie. Teraz wyglądała, jakby sprzedawała mi najdroższy sekret całej Wielkiej Brytanii.
- Boże, ty dopiero teraz mi o tym mówisz? To ona żyje? Co u niej? Dlaczego dzwoniła do ciebie? - zasypywałam ją pytaniami. 
Nie chciała o tym rozmawiać, wymusiłam z niej tylko dwie informacje: chciała się pogodzić, jest ciężko chora. 
Moje miłosne rozterki nie wyglądały już na aż tak poważne. 




- Niall, po tym wszystkim, co razem przeszliśmy, zasługujesz na to, żeby dowiedzieć się ode mnie - zaczęłam. O dziwo mój głos brzmiał pewnie, nie chowałam się w sobie, ani nie uciekałam wzrokiem. Nie czułam, bym zrobiła cokolwiek złego. Po prostu odnalazłam wreszcie siebie i swoją drogę. 
Niestety teraz musiałam złamać serce komuś, na kim wciąż mi zależało. Delikatnej duszy, która przez pewien czas była moją bratnią. 
Zabrałam go na kawę do restauracji, w której zazwyczaj nie było tłumów. W ten sposób mogłam wyjść, gdy tylko sytuacja zrobiłaby się zbyt nieprzyjemna, jednocześnie nikt nam nie przerywał i nie atakowali nas jego fani. 
Po jego wyrazie twarzy, po postawie, po zachowaniu widziałam, że naprawdę nie chciał się ze mną widzieć. Zupełnie jakby już wiedział, co się wydarzyło. Jakby sprawa była już zamknięta, zanim na dobre zaczęliśmy temat. 
- Any, ja też muszę ci o czymś powiedzieć - szepnął. 
I dopiero wtedy dotarło do mnie, że wcale nie chodziło o to, że nie chciał się ze mną widzieć. On też miał coś na sumieniu. Wczorajszego wieczoru chyba nie tylko ja złamałam nasze obietnice sprzed ponad roku. 
- Więc... kto zaczyna pierwszy? - zapytałam. 
Cisza. 
Żadne z nas nie chciało się przyznać, że to, co było między nami już dawno zaczęło blednąć. Teraz byliśmy dwójką bardzo bliskich znajomych, którzy do niedawna próbowali ratować już prawie nieistniejący związek. 
Do tej pory czułam się dobrze. Miałam po swojej stronie Luka i oczywiście również Riven. Moja mama z radości prawie skakała pod sufit, gdy dowiedziała się, że nie jestem już z Niallem. Jednak w momencie kiedy nasze spojrzenia się spotkały... Uderzyła mnie fala wspomnień. Powrócił sentyment, nadzieja i ból po zerwaniu. Zawsze tak bardzo chciałam, by między nami wszystko się ułożyło. Dopóki w naszym życiu nie pojawili się Demi i Luke, byliśmy wzorową parą. Tak bardzo w sobie zakochani, zawsze oddani, myśleliśmy tylko o sobie nawzajem. Lecz skoro dwie osoby były w stanie tak bardzo namieszać między nami... czy to nie oznacza, że byliśmy zbyt krusi jako para? Może wcale nie byłam jego bratnią duszą, może bycie razem na wieki nie było pisane nam w gwiazdach? 
- Any... zawsze będę cię kochał. Jesteś pierwszą dziewczyną, której oddałem całego siebie i zawsze będziesz dla mnie ważna. 
Delikatny uśmiech pojawił się na naszych twarzach. Jednak zniknął szybko, niemalże w mgnieniu oka znów staliśmy się poważni. 
- Nigdy nie sądziłam, że będę przechodzić przez taką rozmowę właśnie z tobą, Niall - powiedziałam, nie pozostając mu dłużną. - Ja też zawsze będę cię kochać, ale już nie w ten sam sposób. I przykro mi, że tak się to wszystko potoczyło. Naprawdę sądziłam, że ty i ja... że tak już zostanie. 
- Anya, broniłem się przed tym jak tylko mogłem. Dopóki byłem z tobą, tylko ty się dla mnie liczyłaś. Parę razy nawaliłem, wiem. Chcę ci tylko powiedzieć, że nigdy nie byłem zainteresowany Demi. Nigdy nie byłem nią zauroczony, nie kochałem jej. Była obok, bo musiała być. Ale dwa dni temu zrobiłem coś, czego z jednej strony żałuję, a z drugiej to otworzyło mi oczy.
Patrzyliśmy sobie w oczy, po raz ostatni jeszcze nie wiedząc nic o tym, co druga osoba zrobiła. Teraz jeszcze byliśmy dla siebie nawzajem czyści. Bez winy. 
- Poznałem kogoś - powiedział.
Odkąd zaczął mówić, wiedziałam, że chodziło o dziewczynę. Zdawałam sobie z tego sprawę od początku, że przecież po zerwaniu na pewno będzie się z kimś umawiał. Sama szybko przeszłam do ataku i od razu zainteresowałam się Lukiem. Jednak mimo to, ta informacja sprawiała mi ból. Wolałam o tym nie myśleć. Wolałabym o tym nie wiedzieć. 
- Kręciłem się z Harrym po klubach i poznałem dziewczynę. Z twarzy bardzo podobna do ciebie, kiedy miałaś  blond włosy. Niska, drobna, wyglądała jakby potrzebowała opieki. Wtedy to do mnie dotarło, Any. Obydwoje się tak bardzo zmieniliśmy. Przez ten rok tyle się wydarzyło. Naprawdę wydoroślałaś. Niestety mam wrażenie, że... 
- Że zmienialiśmy się osobno, a nie razem - powiedziałam, a Niall pokiwał głową. 
- Nie jesteśmy już tymi samymi osobami, w których się zakochaliśmy. Nie jesteś już tą delikatną dziewczyną, którą trzeba się  opiekować. Wydoroślałaś, stałaś się silniejsza i od dawna miałem wrażenie, że już mnie nie potrzebujesz. Bycie potrzebnym w czyimś życiu... to zawsze było dla mnie ważne, Any. Ja też nie jestem już taki sam, jak byłem. Kiedy stajesz się sławny i wszyscy zaczynają cię rozpoznawać, to wszystko się zmienia. I zmienia się bardzo szybko - wyjaśnił.
Pokiwałam głową. 
- Wiem, co masz na myśli. Odnosiłam czasem wrażenie, że już cię nie poznaję. Zawsze byłeś uroczy, kochany, bez skazy. Teraz jesteś trochę inny. Mniej... 
- Mniej miły? 
- Wciąż jesteś miły - zaprzeczyłam. - Ale bardziej poważny. 
Na chwilę zapadła cisza. 
Mimo że obydwoje chcieliśmy już ruszyć na przód, było naprawdę ciężko. Tyle wspomnień, tyle wspólnych chwil i naprawdę ogrom uczuć... Wszystko za chwilę miało zostać wymazane. 
Chciałabym usunąć cały ten rozdział z życia. Przynajmniej teraz tak cholernie by to nie bolało. Nie wiedziałabym, że kiedykolwiek był mój na wyłączność, że mnie kochał, że się mną opiekował. Nie miałabym pojęcia o tym, że między nami wybuchł taki ogień, który wypalił się zbyt szybko. Nie czułabym się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce z piersi. Po raz kolejny. 
- Przespałeś się z nią? - zapytałam. Zmarszczył brwi. Chyba zastanawiał się, czy ma powiedzieć mi prawdę. - Przepraszam, to było wścibskie. 
- Tak - powiedział. 
- Och.
Znów nastała cisza. Widziałam, że czuł się winny. Ale tak naprawdę nie miał żadnego powodu. Już nie byliśmy razem. Ja też byłam już z innym. Mogliśmy ruszyć do przodu. 
- Też chciałaś mi coś powiedzieć - przypomniał mi. 
Zawahałam się. 
Naprawdę zabolała mnie wiadomość o innej dziewczynie. Nawet jej nie znałam, a w jakimś stopniu ją znienawidziłam. Niall znał Luka, od dawna miał z nim problem. Jak zareaguje, gdy dowie się, że wszystkie jego koszmary się ziściły? 
- Niall... Zacznę od tego, że... dopóki byliśmy razem zawsze to od siebie odpychałam. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób, zawsze byłam ci wierna. Ale nie udało mi się do końca oszukać samej siebie. 
Niall też wyglądał na smutnego i zmęczonego. Jego oczy utraciły ten blask, który zawsze się w nich krył, kiedy na mnie patrzył.
- Luke był moją pierwszą miłością. Później zniknął, zapomniałam o nim i próbowałam zapomnieć o tych wszystkich uczuciach. Wtedy pojawiłeś się ty i wszystko przelałam na ciebie. Ale kiedy wrócił, gdy zaczął o mnie zabiegać, to wszystko odżyło. Broniłam się przed tym, chciałam wybrać ciebie. Ale wciąż go kocham. 
- Ja wiem, Any. 
Jego odpowiedź mnie zaskoczyła. Tak prosta, tak bardzo bolesna. 
- Dlatego irytowało mnie, że kręcił się wokół ciebie. Nie potrafiłaś się od niego uwolnić, zawsze był obok. Czasem nawet częściej niż ja. Widziałem jak na niego patrzyłaś. To cholernie boli, kiedy ja kocham tylko ciebie, a ty kochasz nas obu. 
- Niall... 
- Nie szkodzi. Nie da się aż tak oszukać samego siebie. Nie mam ci tego za złe. Miałem wcześniej, oczywiście, nawet chciałem się go pozbyć. Teraz uważam, że to może nawet i lepiej. Przynajmniej teraz, gdy my już o sobie zapomnimy. Kiedy odpuścimy na dobre, przynajmniej mam pewność, że jesteś z kimś kto cię kocha, kto o ciebie walczy. Mam przeczucie, że będziesz z nim bezpieczna i szczęśliwa. Więc czemu miałbym mieć ci to za złe? - zapytał. Silił się na uśmiech, ale jego oczy wciąż pozostawały smutne. 
Był naprawdę wspaniałym chłopakiem. Tylko obydwoje byliśmy zbyt pogubieni, żeby jakkolwiek to odratować. Więc odpuściliśmy. Dla dobra obojga. 
- W przyszłym tygodniu się wyprowadzam - szepnęłam ledwo słyszalnie. 
Niall nie wyglądał na zdziwionego. 
- Nie musisz tego robić. Wiesz, że mam mieszkanie. Niedługo nie będę już mieszkał z Louisem - stwierdził.
- W domu Louisa jest za dużo wspomnień. Nie mogę tam zostać, bo nigdy nie uwolnię się od przeszłości. Muszę sporo rzeczy zmienić. Zając się sobą. Odtrąciłam od siebie tak wiele bliskich mi osób, że aż wstyd mi przed samą sobą. 
- Zawsze jestem tu dla ciebie, Any. Nie żartowałem, kiedy to mówiłem. Możemy się przyjaźnić - powiedział.
- Niall... chyba będzie lepiej, jeżeli przez jakiś czas nie będziemy się kontaktować. Musimy ruszyć do przodu. Kiedy obydwoje będziemy w bardziej stabilnym miejscu, wtedy możemy spróbować. 
Niall pierwszy wstał od stołu. Podążyłam za jego przykładem. Wtedy mnie przytulił, po raz ostatni jako mój chłopak i po raz pierwszy jako przyszły przyjaciel. Teraz znaleźliśmy się w tym miejscu i czasie, w którym będziemy musieli o sobie zapomnieć. Udawać, że nic się nie stało, że się nie znamy, że jest dobrze i wcale nas to nie boli. 
- Zawsze będę cię kochał - powiedział.
I wtedy przestałam się kontrolować. Łzy pociekły po moich policzkach. Przytulił mnie jeszcze mocniej. 
- Zawszę będę cię kochała - odpowiedziałam, a kolejny strumień słonej wody spłynął na jego koszulę.
Odsunął mnie od siebie, spojrzał mi głęboko w oczy i wtedy pocałowaliśmy się po raz ostatni. Spokojnie, delikatnie, ale krótko. Za krótko jak na tak długą podróż razem.
Wyszedł pierwszy, a ja patrzyłam przez szybę jak wsiada do samochodu i odjeżdża. Ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam, był ten moment, kiedy ocierał swoje mokre policzki rękawem bordowej bluzy. 
Siedziałam jeszcze trochę w restauracji, płacząc nad kawą, zastanawiając się nad swoją decyzją. Kiedy tyu przyszłam, byłam pewna. Teraz, mimo wyjaśnień, miałam mętlik w głowie. Moje serce bolało, miałam wrażenie, że umieram. Zupełnie jak tego dnia, kiedy po raz pierwszy mieliśmy przerwę. Gdy wypłakiwałam się mamie na ramieniu. Dzień "Karmelowej kawy" od nowa. Tylko że tym razem na stałe. Już nigdy więcej nic się nie zmieni. To koniec. 




- Nie jesteś zbyt piękna, gdy płaczesz.
Wciąż byłam lekko oszołomiona, nie zauważyłam nawet, kiedy Luke zjawił się przy stoliku. Kucnął obok mnie i wziął moją dłoń w swoje. 
- Ale i tak cię kocham - powiedział i uśmiechnął się delikatnie. 
Kamień spadł mi z serca, gdy tylko spojrzałam w jego oczy. Wiedziałam, że mogę w niego wierzyć, mogę mu zaufać. Całe te wątpliwości, które zasiała we mnie rano Riven po prostu uciekły. Oczywiście, że mnie kochał. Kochał od dawna, bez przerwy, zawsze tak samo mocno. 
- Przepraszam, że musisz przez to przechodzić - dodał, całując wierzch mojej dłoni.
- Co tu robisz? - zapytałam. Głos miałam nieco ochrypły od płaczu. Poczułam się trochę gorzej. Zapłakana, z rozmazanym makijażem, mokrej od płaczu i brudnej od tuszu bluzce z okropną chrypą. W dodatku czułam ogromną ochotę na alkohol i papierosy. 
- Niall do mnie zadzwonił. Poprosił o ostatnią przysługę. No i jestem, księżniczko - wyjaśnił. 
Byłam w szoku. Skoro Niall go przysłał, to oznaczało, że naprawdę mamy jego błogosławieństwo. Oficjalnie się poddał i wycofał.
- Tak na dobrą sprawę, gdybyś ty do mnie zadzwoniła, byłbym jeszcze szybciej.
- To koniec - szepnęłam.
- Nie, skarbie, to dopiero początek - powiedział stanowczo i podał mi rękę. Pomógł mi stać, zapłacił rachunek i zaprowadził do samochodu. Kiedy już bezpiecznie siedziałam w środku, usiadł za kierownicą.
Nie wiedziałam, gdzie mnie zabiera. Z początku myślałam, że do domu Louisa, później, że do domu mojej mamy, ale gdy skręcił w kolejną uliczkę, całkowicie się pogubiłam. Nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Luke dobrze wiedział, że myślami wciąż błądziłam wokół zerwania. Chwała mu za to, że ma wystarczająco dużo cierpliwości i empatii, by to zrozumieć i za dużo nie pytać.
Gdy staliśmy na czerwonym świetle, pierwszy raz na mnie spojrzał. Wyglądał łagodnie, prawie jak za czasów liceum. Złączył nasze dłonie i posłał mi delikatny uśmiech. Wiedziałam, że to jego wersja "wszystko będzie dobrze". Zamiast powtarzać bezsensowne, mało znaczące słowa, po prostu dodawał mi otuchy będąc obok.
Czułam się dziwnie zagubiona, że mój prawdopodobnie nowy chłopak tak dobrze sobie radzi z pocieszaniem mnie po mojej poprzedniej miłości. Z drugiej strony - Luke od zawsze o tym marzył, więc pewnie już dawno miał to wszystko dobrze przemyślane. Wiedział, co robić, jak robić, kiedy zacząć mówić i o czym.
Około dziesięć minut później stanęliśmy pod przyjaźnie wyglądającym drewnianym budynkiem. Dopiero po chwili dostrzegłam kolorowy napis powitalny "Hotelu na przedmieściach". Okolica wyglądała wspaniale. Sporej wielkości jezioro, las a po drugiej stronie część ogrodu przepełnionego kolorowymi kwiatami. 
Luke bez słowa zaparkował samochód i wysiadł, by otworzyć mi drzwi. Wydawało mi się, że rozumiem jego intencje. Jako jego nowa dziewczyna, którą wreszcie zdobył po tylu latach, mogliśmy wreszcie spędzić czas razem, najpewniej w niesamowicie romantycznym miejscu.
Po zameldowaniu w recepcji, stojąc pod naszym pokojem i czekając, aż Luke otworzy drzwi, wyobrażałam sobie kosz owoców, szampana i płatki róż w całym pomieszczeniu. Ale ku mojemu zdziwieniu - był to najzwyklejszy w świecie pokój w bardzo ładnym hotelu. Meble chyba robione na zamówienie, drewniane. Widok na jezioro i część ogrodu z okna. Ogromne łóżko, telewizor. Oprócz okolicy - nic nadzwyczajnego.
Skrzyżowałam spojrzenia z Hemmingsem. Chyba musiałam wyglądać na zaskoczoną, bo lekko się uśmiechnął. Podszedł bliżej, przygarnął mnie do siebie i dopiero wtedy zaczął wszystko wyjaśniać.
- Masz za sobą okropny, ciężki dzień. Nie chcę cię do niczego popychać, nie chcę sprawiać, że będziesz czuć się gorzej. Nie chciałbym, żebyś z jakiegokolwiek powodu czuła się winna. Dzisiejszy wieczór jest tylko dla ciebie. Możemy oglądać komedie romantyczne, posiedzieć nad jeziorem, poczytać książki, najeść się lodów albo iść spać. Możemy przegadać pół nocy albo milczeć. A jeżeli wolisz dzisiaj być sama, to też się nie obrażę. Mogę odebrać cię jutro rano. Twój wybór, księżniczko - wyjaśnił i pocałował mnie w czubek głowy.
To był najbardziej trafiony prezent jaki kiedykolwiek od kogokolwiek dostałam. W dodatku niesamowicie uroczy i przemyślany. Luke po raz kolejny udowodnił jak doskonale mnie zna i jak bardzo mu na mnie zależy. Na pewno marzył o tym wieczorze od dawna. Wreszcie byliśmy we dwójkę, sami, wolni, tylko dla siebie. Byłam pewna, że wolał zrobić coś razem, coś niesamowicie romantycznego, a później spędzić ze sobą noc. Jednak zorganizował wszystko specjalnie dla mnie. Swoje życzenia odłożył na później.
Nawet smak lodów się zgadzał. Pistacja z migdałami.
Gdy nasze oczy się spotkały, ucałowałam go w usta. Delikatnie, trochę z zaskoczenia, co wywołało jeszcze większy uśmiech na jego twarzy, który widziałam nawet w jego błękitnych tęczówkach. Był rozpromieniony, bo byliśmy razem, ale było mu przykro, bo przez cały czas w samochodzie płakałam. Najprawdopodobniej w nocy również poleją się łzy, ale jego to najwyraźniej nie przerażało.
- Zostań ze mną - poprosiłam.
Ochoczo pokiwał głową. Chyba na taką odpowiedź liczył.
Pocałował mnie czule, długo, ale spokojnie, jakby nie chciał mnie wystraszyć.
- Zaczniemy od lodów, komedii romantycznej i rozmów do późnej nocy? Później chciałabym pooglądać gwiazdy.
- Co tylko chcesz, księż...
- Okej, co ty z tą księżniczką? - zapytałam.
Do tej pory nazywał mnie tak dla żartów, gdy podczas kłótni za bardzo stawiałam na swoim. Czy teraz też robiłam coś nie tak, żeby zasłużyć na taką ksywkę?
- Zawsze uroczo się denerwowałaś, kiedy tak cię nazywałem. A dzisiaj zrobiłbym wszystko, czego sobie zażyczysz. Plus to chyba jeszcze za wcześnie, żeby mówić do ciebie kochanie.
- Dziwnie się czuję - powiedziałam nagle zgodnie z prawdą.
Miałam takie wrażenie, jakbym coś zgubiła. Trochę tak, jak gdybym dopiero się zorientowała, że zapomniałam telefonu. Albo jakbym czekała na kogoś cały wieczór, a ten ktoś by mnie wystawił. Lub jakby moja ulubiona piosenka leciała w radio, gdy musiałam już wysiadać z samochodu. A właściwie, to wszystko to na raz. I jeszcze razy dwa.
- Łap za łyżkę, wcinaj lody - skwitował Luke, podsuwając dwu litrowe pudło zimnego przysmaku.
Powiedział to z takim zakłopotaniem wymalowanym na twarzy, że aż się zaśmiałam.
Gdy zniknęło pół pudełka, gdy wreszcie trochę się rozluźniliśmy, wtedy dopiero zaczęliśmy naprawdę ze sobą rozmawiać. Teraz dopiero się przed nim otworzyłam, tak jak kiedyś. Jak za czasów dzieciństwa, gdy pocieszał mnie po pierwszej jedynce z matmy albo jeszcze wcześniej, kiedy płakałam jak zdarłam sobie kolano, bo spadłam z huśtawki. Wtedy też był obok, gotowy odkazić każdą najobrzydliwszą ranę i zakleić ją plastrem.
Ciężko było całkowicie wyłączyć myślenie i zapomnieć o Niallu. Wystarczyło bym pomyślała o skaleczeniu na kolanie, w tym samym momencie w głowie pojawiło się inne wspomnienie, kiedy to prawie ucięłam sobie palec nożem kuchennym i Nialler siedział ze mną całą godzinę, uspokajając mnie, gotowy w każdej chwili jechać na pogotowie.
Szlag.
- Chyba jeszcze długo będzie dziwnie - zaczęłam w końcu temat. Cisza pomału zaczynała mnie męczyć.
- Nie martw się, to przejdzie.
- Nie martwię się o siebie, tylko o ciebie i o nas. To trochę dziwny moment na zaczynanie związku, kiedy...
- Proszę cię, nie myśl o tym, Any.
- Ale...
- Po prostu uwierz, że będzie dobrze - zapewnił.
Znowu zapadła cisza.
Wiedziałam, że na pewno będzie dobrze. Nie chciałam już więcej powtarzać tych samych błędów, co w poprzednim związku, więc obiecałam sobie, że z Lukiem będzie inaczej.
Cóż, nawet zaczęło się inaczej. Z Hemmingsem wszystko było inne. Świeże, nowe, a jednocześnie takie znane i stare. Naprawdę dziwne, ale w nieco lepszym znaczeniu.
- Ciekawe czy z Niallem wszystko w porządku - powiedziałam cicho.
Raczej nie powinnam rozmawiać o nim z Lukiem, ale z drugiej strony Hemmings był moim najlepszym przyjacielem praktycznie od zawsze (z małą przerwą), więc chyba zrozumie, że potrzebowałam wyrzucić to z głowy.
- Poradzi sobie. - Myślałam, że nic więcej nie powie, ale po chwili namysłu trochę bardziej się otworzył. - Stracić tak wspaniałą dziewczynę, to na pewno boli. Na pewno też potrzebuje czasu. Wiem, bo sam potrzebowałem za każdym razem, gdy nie mogłem z tobą być.
- Rozmawiałeś z Ines? - To pytanie kompletnie się ze mnie wyrwało.
- Spotkałem się z nią mniej więcej w tym czasie, co ty z Horanem. Wczoraj zachowałem się fatalnie. Może i nie jest aniołkiem, ale zasługuje na słowo wyjaśnienia.
Po raz kolejny tego dnia poczułam się odrobinę lepiej. Czyli Riven naprawdę nie miała racji. Niepotrzebnie się tym wszystkim martwiłam. Luke jest porządnym facetem, o złotym sercu. Nie zrobiłby tego żadnej dziewczynie, nawet mojemu największemu wrogowi, Ines.
- Powiedziałeś jej o nas?
Luke przysunął się bliżej mnie i wyciągnął rękę w moją stronę. Położyłam się obok niego na łóżku i wtuliłam w jego ramię. Przygarnął mnie do siebie jeszcze mocniej, jakbym za chwilę miała uciec.
- Oczywiście. Od ciebie zacząłem - powiedział i posłał mi kolejny nonszalancki uśmiech. - Nienawidzi cię jeszcze bardziej. Teraz, jak zabrałaś jej takie ciacho. - Teatralnie wypiął pierś, w którą dostał kuksańca.
- Za to Niall ci odpuścił. Powiedział, że wierzy, że będę z tobą szczęśliwa.
- Skarbie, twoje życie będzie teraz w kolorach tęczy. - Wiedziałam, że próbował poprawić mi humor żartami, a jednocześnie mówił poważnie. Teraz wszystko miało się zmienić na lepsze. - Ja już o to zadbam - powiedział, zupełnie jakby odpowiadał na moje myśli. - Za długo cię goniłem, żeby teraz nie dać z siebie wszystkiego.
- Przepraszam, Luke.
Wyglądał na zdziwionego. Delikatnie potargał mi włosy, jakby chciał powiedzieć, że nie ma za co. Ale było. I chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Cały dzień zaplanowałeś pode mnie, ale ty też dopiero co z kimś dla mnie zerwałeś. Jak się czujesz? - zapytałam. Wcześniej w ogóle o tym nie pomyślałam, ale może Lukowi też zależało na Ines. Może dla niego to też był ciężki dzień.
- Nigdy nie kochałem Ines, Anyo. - Czułam, że spoważniał i chyba bardzo mu zależało, żebym jego słowa wzięła do serca, zapisała w pamięci. - Umawiałem się z paroma dziewczynami tu i w Sydney, ale nigdy żadnej nie kochałem. Straciłem głowę tylko dla ciebie - dodał. - Więc odpowiadając na twoje pytanie, u mnie wszystko wspaniale, bo wreszcie cię dogoniłem.
Znów złączyliśmy nasze wargi, ale nieco bardziej zachłannie niż poprzednio.
Miałam takie wrażenie,  jakby teraz chodził wokół mnie i zbierał każdy najdrobniejszy kawałeczek mojego złamanego serca. I z każdym kolejnym uroczym wyznaniem, z każdą obietnicą i opowieścią o przeszłości, pomału sklejał je z powrotem.
Proces był żmudny i długi, ale nigdy się nie poddał.





DWA LATA PÓŹNIEJ





- Skarbie, jesteś gotowa?
Przyjrzałam się sobie po raz ostatni w lustrze.
Oto ja, Anya Tomlinson, siostra Louisa, była dziewczyna Nialla Horana. Kobieta, która przeżyła wypadek samochodowy, rozwód rodziców, ich ponowny ślub i chorobę swojej najlepszej przyjaciółki. Dwie przerwy w związkach, poważne zerwanie i dwie miłości życia.
Czułam się inaczej, lepiej i doroślej. Choć z zewnątrz wciąż wyglądałam tak samo. Ile to dwa lata dla czyjejś urody? Oprócz zrzucenia paru zbędnych kilogramów, dzięki czemu nieco uwydatniłam swoje kości policzkowe i powrocie do naturalnego koloru włosów, wiele się nie zmieniłam. Może jedynie moje oczy zdradzały, że nieco zmądrzałam. Raczej nikt inny oprócz mnie tego nie dostrzegał.
Obróciłam się jeszcze raz wokół własnej osi, przyglądając się czerwonej sukience przed kolano, ozdobionej drobną koronką na ramionach. Złote kolczyki, które dostałam od Luka na pierwszą rocznicę lśniły w blasku słońca. Ostatni raz poprawiłam spięte włosy, wsunęłam wszystkie wsuwki na miejsce, wzięłam do ręki swoją kopertówkę i dumnym krokiem weszłam do salonu.
- Moja artystka - szepnął Luke. Jego jasne oczy lśniły, gdy na mnie patrzył.
Uśmiechał się nonszalancko, tak jak tylko on potrafił i czarował mnie swoją pewnością siebie. Od jakiegoś czasu nie nosił już kolczyka w wardze, jakby chciał podkreślić, że wydoroślał. On też zbyt dużo się nie zmienił. No, może stał się nieco elegantszy i nie szarpał już mikrofonu z Calumem na każdej próbie. Nigdy nie sądziłam, że to możliwe, ale kochał mnie jeszcze bardziej, dużo bardziej niż dwa lata temu.
Ja również dzień za dniem zakochiwałam się w nim na nowo, mocniej, bardziej, bez strachu. Czasem zdarzało mi się jeszcze myśleć o Niallu. Nie chciałam głośno o tym mówić, ale z Lukiem było mi dużo lepiej. Nie było dramatów, problemów, zdrad i niedopowiedzeń. Zdarzała się irytacja i kłótnie, kiedyś z wściekłości rozbiłam wazon, a Lukowi czasem zdarza się spacerować samemu po przedmieściach Londynu. Ale za każdym razem gdy emocje opadają, jedyne, co czujemy, to pewność, że chcemy być razem. Ogrom miłości i szacunku, który nie niknie skoro świt.
Luke porwał mnie w swoje objęcia, tak silne i pewne, a jednocześnie delikatne i bezpieczne. Zostawiał pocałunki na moim ramieniu, szyi i policzkach. Później złączył nasze usta w długim, niespiesznym buziaku, który chyba miał dodać mi otuchy przed dzisiejszym wieczorem.
Gdy przerwał pocałunek, jęknęłam zirytowana, na co tylko się zaśmiał.
- Wybacz, kochanie, ale jak tak dalej pójdzie, to nie będę mógł czekać do nocy. Będę musiał wziąć cię tu i teraz, na tym stole - wyjaśnił, a ja wybuchłam śmiechem.
Zawsze potrafił wprowadzić mnie w pogodny nastrój. Wiedział, za który sznurek pociągnąć i co powiedzieć, by jeszcze bardziej poprawić nam humory.
- Jak się czujesz przed twoją pierwszą oficjalną wystawą? - zapytał.
Wzruszyłam ramionami.
- Zadowolona, lekko przerażona, trochę tak jakbym miała za chwilę puścić pawia.
- Czyli jak co noc z Hemmingsem? - usłyszałam zza siebie głos Stanley'a.
W czarnym garniturze prezentował się znakomicie, a czerwona muszka tylko dodawała mu uroku osobistego. Puścił oczko do Luka, jak to miał w zwyczaju robić. Mnie oberwało się tylko uśmiechem od ucha do ucha, którego dzisiaj chyba nikt nie był wstanie zmazać z jego ust.
Cieszyłam się, że udało mi się go odzyskać. Chociaż przyznam, że podczas pierwszej naszej poważnej rozmowy byłam na niego wściekła, że zakończył naszą przyjaźń przez coś tak trywialnego, jak "nie ten facet", ale szybko wyrzuciłam to z pamięci. Najważniejsze, że razem z Riven znów trzymamy się razem, na dobre i na złe. Po drugie, na szczęście uwielbiał Luka, dlatego nie przewidywałam już nigdy więcej podobnych problemów.
- Gdzie Tony?
- Poprawia kwiaty na samochodzie.
- Jakie kwiaty? Nie mów, że poszedłeś w taki kicz - rzucił Luke.
- Jak zobaczycie, to wam szczęki opadną. Zapłaciłem za nie kupę pieniędzy, więc chociaż udawajcie zadowolonych, co?
- Twój przyszły mąż jest bardzo przerażony?
- Liliami? Trochę. Wolał róże, ale ja się  nie dałem...
- Any chyba miała na myśli wasz ślub. - Zaśmiał się Hemmings.
- Zaraz się przekonamy. Jeżeli samochód jeszcze stoi, to chyba jakoś przez to przejdzie. Jak odjechał, to mam nadzieję, że macie pełny barek - rzucił pół żartem, pół serio Stanley.
- Riven dojedzie na czas? - zapytałam, stając tyłem do Luka, by pomógł zapiąć mi złoty naszyjnik.
- Wylądowała z opóźnieniem, ale raczej zdąży. Jak nie, to poobrywam jej sztuczne rzęsy - burknął i schował ręce do kieszeni.
- To co, najpierw wspaniała wystawa w Galerii Sztuki, a później szybki ślub i huczne wesele, co? - Stan już po raz drugi puścił oczko do Luka, co zaczynało robić się nieco podejrzane. Albo coś kombinowali, albo powinnam poważnie porozmawiać ze Stanleyem o podrywaniu cudzych facetów.
- Będziemy za minutę - obiecał Hemmings, a gdy Bleach ulotnił się z naszego małego mieszkanka, stanął ze mną twarzą w twarz.
- Wyglądasz olśniewająco, kochanie - szepnął mi na ucho, delikatnie muskając je swoimi ciepłymi wargami. Po moim kręgosłupie przeszedł dreszcz.
- Skarbie, jak nie przestaniesz, to zaraz ja cię wezmę na tym stole - powiedziałam siląc się na spokój, ale zdradziło mnie lekkie drżenie głosu. Dwa lata razem, a my dalej zachowywaliśmy się, jakbyśmy nigdy nie mieli siebie dość.
- Zawsze do usług, księżniczko.
Wymieniając ostatnie spojrzenia i ostatni pocałunek, wyszliśmy za Stanleyem.




- Pokochali cię - szepnął Luke, znów dla zabawy skubiąc płatek mojego ucha. Stał za mną i opierał swoją głowę na moim ramieniu. - Wszędzie tylko słyszę, jaka jesteś wspaniała. Robię się zazdrosny - burknął.
- Musisz wytrzymać tę moją chwilę sławy. Ja twoją znoszę już dwa lata - żachnęłam się, dając mu delikatnego pstryczka w nos. 
Obrócił mnie do siebie i zatopił się w moich oczach.
- Jesteś niesamowita, Any. Piękna, utalentowana... i jakimś cudem jeszcze masz dość cierpliwości, żeby mnie znosić.
- Przyzwyczaj się, kochanie, bo już się mnie nie pozbędziesz. - Zaśmiałam się, poprawiając jego postawioną na żel grzywkę. - Mam nadzieję, że już nigdy mi nie zwiejesz.
Jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Wyglądał na zaskoczonego.
- Zapomniałem ci powiedzieć? Przeprowadzam się do Sydney, wracam za jakieś dwa lata - powiedział szalenie poważnym tonem, prawie wpędzając mnie do grobu. Moje serce zabiło dwa razy szybciej, gdy przez kolejnych parę sekund nie obracał tego w żart.
- Wow, skarbie, uspokój się, ja tylko żartuję - powiedział, gdy w moich oczach stanęły pierwsze łzy. Porwał mnie w swoje objęcia, a ja parę razy przyłożyłam mu w ramię, zirytowana, że coś tak podłego i głupiego przyszło mu na myśl. - Przecież nigdy bym cię nie zostawił. Nie teraz, gdy wreszcie mamy siebie nawzajem. Zabrałbym cię ze sobą wszędzie, gdzie przyszłoby mi mieszkać, a gdyby nie było takiej możliwości, rzuciłbym to w cholerę i został z tobą.
- Jak możesz tak żartować. Jesteś podły.
- Przepraszam, już nie będę - ucałował mnie w czoło i wziął mnie pod rękę. - Dzisiaj jest twój dzień, więc najlepiej po prostu zamilknę, żebym nie powiedział czegoś równie głupiego.
Przeszliśmy się po sali, po raz kolejny oglądając moje obrazy. Prezentowały się wspaniale w tak dobrze oświetlonym pomieszczeniu.
Dzisiaj był ten dzień, gdy ziściłam jedno ze swoich marzeń. Po pierwsze - moje dzieła wisiały w sławnej galerii. Po drugie - wreszcie znalazłam swoją drogę. Gdy teraz patrzę wstecz na porażkę zespołu Ines, w której niestety brałam udział, na te emocje, które mi wtedy towarzyszyły, to uczucie, jakby już nic w życiu miało mi się nie udać... Teraz wreszcie mogę się z tego śmiać. Muzyka była moim hobby, ale nigdy nie była moją pasją. Dlatego spełniłam się dopiero, gdy ukończyłam swój pierwszy obraz, który okazał się sukcesem.
- Czy to anioł we krwi? - zapytał Luke, patrząc na jeden z moich ulubionych dzieł.
- To powstający z popiołów feniks, kochanie. To ja po poznaniu ciebie.
- Zmieniłem cię w przerażającego ptaka bez futra? - zapytał, marszcząc brwi.
Wybuchłam śmiechem.
- To ptak, który odradza się na nowo. Nie ptak bez futra.
- Podobno ich łzy leczą rany - usłyszałam za sobą głos Nialla.
Zobaczenie Nialla Horana było niczym pierwsze spotkanie z duchem. Nie mogłam wyjść z szoku, że zdobył się na odwagę i przyszedł w tak ważnym dla mnie dniu.
Nie widzieliśmy się od pamiętnego dnia oficjalnego rozstania. Od tamtej pory nie zamieniliśmy nawet słowa. Nie miałam od niego żadnych wiadomości, oprócz tego, co mogłam wyczytać w magazynach.
A teraz stał przede mną, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Myślałam, że Luke będzie zirytowany, że powie coś niemiłego, a przynajmniej sądziłam, że poczuję, jak się spina na widok swojego byłego rywala. Ale oni tylko uścisnęli sobie dłonie i przelotne spojrzenia. Jak gdyby nic nigdy między nimi się nie wydarzyło.
- Zostawię was na chwilę, kochanie - szepnął mi na ucho i ucałował w policzek, na sekundę mocniej ściskając moją dłoń.
Wciąż się nie odzywałam. Zwyczajnie zabrakło mi słów.
Co mówi się swojej byłej miłości na spotkaniu po dwóch latach?
- Wyglądasz wspaniale - pochwalił mnie. - A twoje obrazy... zapierają dech w piersiach - dodał, posyłając mi szeroki, niallerowski uśmiech. Kiedyś na jego widok uginały się pode mną nogi. Teraz nic nie działa na mnie tak, jak Luke.
- Ty też świetnie sobie radzisz. Kolejna płyta z podwójną platyną robi wrażenie - oddałam komplement.
- Stęskniłem się trochę - przyznał nieśmiało. - Czasem wracam do nas myślami, kiedy mam gorszy dzień.
- Louis mówił, że od paru miesięcy masz nową dziewczynę - zagaiłam.
- Ma na imię Rosalie. Poznaliśmy się przez Danielle - wyjaśnił. - Jest dobrze. Spokojnie, ale bez fajerwerków - przyznał.
- Może to jeszcze nie ta - odpowiedziałam z nadzieją wyczuwalną w głosie. Naprawdę życzyłam mu jak najlepiej i chciałam, by znalazł kogoś, z kim mógłby czuć się tak swobodnie, jak ja przy Luku.
- Wyglądasz na szczęśliwą. Naprawdę dobrze cię taką widzieć.
- Chciałabym, żeby tobie też się udało.
- Uda się, ale może jeszcze nie teraz. Bardzo długo nie mogłem o tobie zapomnieć, wiesz? Dopiero od niedawna pomału ruszam do przodu.
- Przepraszam...
- Nie masz za co. Za bycie szczęśliwym się nie przeprasza.
Zapadła cisza, ale nie była niezręczna. Nie czułam, żeby pękało mi serce, bo nie miałam o czym rozmawiać z osobą, z którą kiedyś przegadałam całe noce. Po prostu nie było potrzeby za dużo mówić. Samo zobaczenie siebie nawzajem dało nam dużo siły i nawiązało tą cienką nić porozumienia, która była nam potrzebna do zrozumienia siebie nawzajem. Niall wciąż był w stadium poszukiwań, ale wreszcie ruszył do przodu. Miał przed sobą cały świat do zdobycia.
- Dobrze cię traktuje? - zapytał nagle, znów krzyżując nasze spojrzenia.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- Jak księżniczkę.
Tym razem to ja przerwałam ciszę.
- U chłopaków wszystko w porządku?
- Harry wciąż widuje się z Riven, Liam wrócił do Danielle, Louis na razie jest sam, ale wygląda na szczęśliwego. Zayn czasem spotyka się z Marisol, ale jeszcze nic nie jest oficjalne.
- Marisol parę tygodni temu miała ostatnią chemię. Lekarze mówią, że w stu procentach wróciła do zdrowia. Mam nadzieję, że teraz jakoś lepiej ułoży jej się z Malikiem - stwierdziłam.
Niall pokiwał głową.
- Może jeszcze kiedyś się spotkamy - powiedział, nim wymieniliśmy słowa pożegnania.
- Może.
Gdy Niall wyszedł, z oddali poczułam na sobie czyjś wzrok. To Luke próbował przywołać mnie spojrzeniem i posłał mi uśmiech, który dodał mi otuchy.
Jedną z rzeczy, za które go kochałam, było to, jak ogromnym darzył mnie zaufaniem. Nie miał żadnego problemu z zostawieniem mnie sam na sam z chłopakiem, z którym tyle kiedyś mnie łączyło. Nieważne z kim byłam, gdzie wychodziłam - nigdy nie zamęczał mnie pytaniami, nie oczekiwał spowiedzi z każdego wyjścia. Ufał mi bezgranicznie. A ja ufałam jemu.
Luke utrzymywał kontakty ze wszystkimi osobami, na których mi zależało. W dodatku kochał moją mamę jak swoją własną i zawsze, gdy ją odwiedzał, kupował jej kwiaty. Któregoś razu nawet odwiedził ją beze mnie, parę dni po ponownym ślubie moich rodziców, na który nie mógł przyjechać z powodu trasy. Pojechał więc osobiście złożyć im życzenia.
Luke był złotym chłopakiem. I był już cały mój.





- Panie i panowie, zapraszamy na pierwszy taniec młodej pary!
Goście zebrali się wokół parkietu, zostawiając wystarczająco dużo miejsca dla Stanley'a i Tony'ego. Stanęli dumnie na środku i wraz z kolejnym taktem rozpoczęli swoje pierwsze kroki jako nowożeńcy. Nie mogłam oderwać od nich wzroku. Dawno nie widziałam dwójki tak szczęśliwych ludzi. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że jedyne czego im trzeba, to siebie nawzajem.
Chwilę później Riven wznosiła pierwszy toast, jako główna druhna od strony Stana.
I wreszcie przyszła kolei na mnie.
Podniosłam się z krzesła, chwyciłam kieliszek w dłoń i z jedną, wiodącą myślą "raz się żyje", zaczęłam mówić.
- Znam Stanley'a od dawna, dlatego wiem, jak bardzo się zmienił, kiedy poznał Tony'ego. Widziałam, ile szczęścia dają sobie nawzajem, wiem ile przeszli, by dojść tutaj, do tego miejsca i stanąć przed nami, przyrzec dozgonną wierność i miłość przed rodziną i przyjaciółmi. Cieszę się, że mogłam wziąć udział w tak wspaniałym wydarzeniu, na ślubie moich dwóch wspaniałych przyjaciół. Zawsze wam dopingowałam. Zwłaszcza, że miałam tę przyjemność poznać was ze sobą. Nigdy nie zapomnę tego, jak spojrzeliście na siebie po raz pierwszy. Moi drodzy? Miłość od pierwszego wejrzenia istnieje. A siedzący tu Stanley i Tony są tego najlepszym przykładem. Zdrowie za parę młodą!
Gdy zajęłam swoje miejsce i zerknęłam na Stanley'a, on wcale nie patrzył na mnie, nie gratulował mi świetnego przemówienia. Ukradkiem wymieniał spojrzenia z Lukiem, który chwilę później odchrząknął i wstał. Stan uderzył kilka razy łyżeczką o kieliszek, zwracając uwagę wszystkich zebranych na blondyna.
- Dzisiejszy dzień na zawsze pozostanie szczególny dla naszej przystojnej pary młodej, ale również i dla mnie. Za porozumieniem z moim przyjacielem, Stanleyem, zdecydowałem, że jest to idealny moment, by tutaj przed wami wszystkimi pokazać mojej najdroższej, jak ważne miejsce zajmuje w moim życiu - powiedział. Wpatrywałam się w niego z lekkim niedowierzaniem, ale i podekscytowaniem. - Anyo Cassie Tomlinson, znamy się od dziecka, dorastaliśmy razem i razem poznawaliśmy świat. Nie zawsze byłem przy tobie, ale zawsze cię kochałem. I obiecuję ci, że będę kochał nadal już zawsze, do końca. Będę obok, kiedy będziesz mnie potrzebować i już nigdy nie odejdę nawet na chwilę. Jesteś miłością mojego życia, liczysz się tylko ty i twoje szczęście. Jeżeli tylko mi pozwolisz, udowodnię ci, że jesteś dla mnie najważniejsza.
Nigdy nie spodziewałam się, że ta chwila nadejdzie tak szybko. Obydwoje byliśmy młodzi, ale tak szalenie w sobie zakochani, że nawet przez chwilę nie myślałam o niczym innym, niż najszczersze "tak". Chciałam iść przez życie z Lukiem, trzymając go za rękę, wspierając, gdy tego potrzebował. Dla mnie również liczył się tylko on.
Luke uklęknął, wyciągając z kieszeni bordowe pudełko.
- Anyo Tomlinson, wyjdziesz za mnie? - Otworzył je, a moim oczom ukazał się złoty pierścionek z diamentem, który nie lśnił nawet w jednej trzeciej tak mocno, jak przepełnione miłością i nadzieją oczy Luke'a.
- Tak - szepnęłam, a moje ciało drżało z emocji. - Tak! - krzyknęłam głośniej, rzucając się Lukowi na szyję.
Na sali rozbrzmiał aplauz naszych przyjaciół i rodziny młodej pary. Stanley krzyknął coś o najlepszym weselu wszech czasów, ktoś zrobił nam parę zdjęć na pamiątkę. Ale nas wcale nie interesowało, co robili inni. Byliśmy tylko my - ja i on w jednym z najszczęśliwszych chwil naszego wspólnego życia.
Luke delikatnie mnie od siebie odsunął, najpierw otarł łzę z mojego policzka, później czule ucałował moje usta, a na koniec wsunął pierścionek zaręczynowy na swoje miejsce.





Nasze wesele było skromne. Tylko najbliższa rodzina i przyjaciele. Miałam ogromny dylemat, ale ostatecznie Luke podpowiedział mi, bym również zaprosiła Nialla. Ze względu na wszystko, przez co razem przeszliśmy.
O dziwo, Niall przyszedł. Zabrał ze sobą Rosalie, ale nie zdążyłam z nią dłużej porozmawiać. Zamieniliśmy kilka zdań i niedługo po północy wyszli. Nie dziwiło mnie to, ja również nie czułabym się najlepiej oglądając Nialla w objęciach jego nowej żony. Między nami nie było już tych samych uczuć, co kiedyś, ale wciąż bywało... inaczej.
Tego wieczora Luke nie odstępował mnie na krok. Ja również nie chciałam się z nim rozstawać. Po tak długiej drodze, bo wszystkim, co się do tej pory wydarzyło, wreszcie byliśmy razem. Oficjalnie, na stałe, na zawsze razem. Nie było w tym nic przerażającego. Chyba naprawdę byliśmy swoimi bratnimi duszami, bo to wszystko stało się tak naturalnie, że nawet moi przyjaciele mi zazdroszczą.
Znalazłam skarb, którego teraz naprawdę pilnuję. Nigdy nie pozwolę wygasnąć temu ogniowi, który zapłonął między nami. I wiem, że Luke również będzie się o to starał.
Gdy znaleźliśmy chwilę, by pobyć sam na sam, wreszcie padliśmy sobie w ramiona. Teraz nasze pocałunki były jeszcze bardziej przepełnione pasją, miłością, stanowczością. Wyrażały wszystkie spełnione marzenia z przeszłości i nadzieje na wspaniałą przyszłość.
- Anyo Hemmings, jesteś moim światem. Już nigdy cię nie opuszczę - szepnął mi na ucho.
- Luke'u Hemmingsie, już nigdy nie pozwolę ci odejść.





~*~

Po pięciu latach... stało się.
Oficjalne zakończenie Niewolników Uczuć.
Kocham tych bohaterów i kocham tę historię całym sercem, dlatego naprawdę ciężko mi odejść. Może kiedyś zbiorę się na napisanie paru dodatków, jeżeli bardzo zatęsknię za Any, Lukiem i Niallem. 
Jeżeli ktoś dotrwał ze mną do końca, mam nadzieję, że wyrazi swoją opinię,
Dzisiaj, na sam koniec, to naprawdę wiele dla mnie znaczy. 
Do usłyszenia,
Wasza Martis <3