P.O.V. Anya
Dzień za dniem, godzina za
godziną, minuta za minutą - czas nieubłaganie pędzi do przodu. Wskazówki zegara
niestety kręcą się w jedną stronę, utwierdzając nas w przekonaniu, że
nieprzerwanie się starzejemy. Zabawne, że dopóki nie zaczniemy tego zauważać,
żyjemy spokojnie, bezpiecznie, po prostu trwamy w nieświadomości. Kiedy młoda
osoba zaczyna zwracać na to uwagę, martwi się, że traci coś cennego - nagle
czas ucieka mu przez palce. Starsi najczęściej reagują inaczej - zaczynają
żałować, że ich życie nie było takie, jakim chcieli je uczynić.
Cały ten pobyt w szpitalu naprawdę dziwnie na
mnie wpłynął. Miałam stanowczo za dużo wolnego czasu, bo zaczęły nawiedzać mnie
różne myśli, filozoficzne pytania, na które z nudów szukałam odpowiedzi.
Bezsenność również dawała mi się we znaki. Gdybym mogła przespać spokojnie
chociaż jedną noc, mój umysł trochę by się zrelaksował, a moje ciało
zdrowiałoby szybciej. Tymczasem nie dość, że fizycznie nie byłam do końca
sprawna, to jeszcze psychicznie nie dawałam sobie rady.
Nie mówiłam o tym nikomu. Po pierwsze, nie
chciałam sprawiać im dodatkowych problemów, bo i tak za bardzo się o mnie martwili.
Po drugie, jakoś nie uśmiechało mi się opowiadać o swoich osobistych sprawach
lekarzowi, do którego zapewne od razu by mnie wysłali. Może to nie było
najlepsze rozumowanie... ale wydawało się w stu procentach odpowiednie jak dla
kogoś, kto już jakiś czas temu stracił zdrowy rozsądek.
Moje rozmyślania przerwał dźwięk otwieranych z
hukiem drzwi, które aż odbiły się od ściany, zapewne zostawiając na niej trwały
ślad. W progu stanął podekscytowany Louis, w rękach ściskał reklamówkę z moimi
rzeczami, które zabrał dla mnie z domu. Rozumiałam, że nie miał wolnych rąk i
raczej było mu dość ciężko samemu taszczyć te wszystkie przedmioty - ubrania,
książki i tym podobne, ale nie musiał wyładowywać swoich emocji publicznie i tak
bardzo dramatycznie.
- An... Anya - wysapał między krótkimi,
urywanymi oddechami. Czy on urządził sobie jakiś maraton? Od domu aż do
szpitala? - Junsu... obudził się - wyrzucił z siebie, uśmiechając się jak
szaleniec.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego bez
słowa. Potrzebowałam kilku sekund, by przetrawić informację. Kiedy wreszcie do
mnie dotarło, co powiedział, poderwałam się z łóżka, zapominając o swoim
pokiereszowanym ciele. Stanęłam na bolącą nogę, przez co zachwiałam się i
wylądowałam z powrotem na łóżku. Dopiero wtedy zaczęłam zastanawiać się nad
tym, co właściwie chciałam zrobić. Miałam tak po prostu pobiec do jego pokoju
i... i co dalej? Rzucić się mu na szyję, jak jakaś wariatka? Nie znaliśmy się
aż tak dobrze. Nie mogłam się również pojawić z grobową miną, bo jeżeli w
pomieszczeniu znajdowałaby się jego nieświadoma moich kłamstw mama, zrobiłoby
się niezręcznie.
- Co jest? Nie cieszysz się? - zapytał,
odkładając w końcu wszystkie rzeczy na łóżko obok mnie. Odetchnął z ulgą; z
jego twarzy nie schodził uśmiech, mimo widocznego zmęczenia. - Ostatnio w kółko
o nim gadałaś, kazałaś monitorować sytuację, a teraz co? - dopytywał, kiedy
przez dłuższy czas nie udzielałam mu odpowiedzi.
- Lou... Zrobiłam coś głupiego - wyznałam. To
postanowienie, by wyjawić mu całą prawdę przyszło nagle, ale wydawało się być
najlepszym pomysłem. Może w ten sposób mogłam pozbawić się chociaż części
wyrzutów sumienia?
- Nie wiem, co mogłaś przeskrobać, ale masz
taką minę, że zaczynam się bać - szepnął zdziwiony moim zachowaniem. Po jego
wielkiej radości nie było już śladu.
Kiwnęłam głową na szeroko otwarte drzwi, które
szybko zamknął, by wreszcie usłyszeć moje wyznanie. Nie sądziłam, że
komukolwiek to powiem, więc nie bardzo wiedziałam od czego zacząć. Mówić prosto
z mostu, czy ubrać to w ładne, odpowiednie słowa i nie wyjść na wariatkę? Cóż,
wydawało mi się, że jakbym tego nie powiedziała, to i tak wyjdę na szaloną,
więc postawiłam na pierwszą opcję.
- Ja... podałam się za dziewczynę Junsu, żeby
uzyskać jakieś informacje od lekarza, ale usłyszała to jego mama i teraz już
kompletnie nie wiem, co robić, bo on o niczym nie wie, a ja nie mam pojęcia,
czego ona teraz ode mnie oczekuje - wyjaśniłam z prędkością światła, by jak
najszybciej mieć to za sobą. Zasłoniłam dłońmi twarz, żeby Louis nie widział
jaka jestem czerwona ze wstydu. Naprawdę czułam się fatalnie z tym kłamstwem,
choć w sumie było dość niewinne.
- Nie wierzę - powiedział, po czym wybuchnął
śmiechem tak głośnym, że pewnie słyszeli go aż na drugim końcu budynku. -
Czasem masz szalone pomysły - dodał, wciąż chichocząc.
- Ale zabawne... - żachnęłam się, zakładając
ręce na piersi. - Przestań się śmiać, to poważna sprawa! - burknęłam niczym
obrażony dzieciak. Naprawdę grał mi na nerwach.
- Any, to nic takiego. Przecież jego mama nie
będzie oczekiwać, że od razu się na niego rzucisz z wyznaniami miłości.
Zobaczysz się z nim, a później, na osobności, powiesz mu, co zrobiłaś -
powiedział, jak zwykle w krytycznych sytuacjach zachowując spokój. No, nie
licząc tego ataku śmiechu, który na szczęście już opanował.
Pokiwałam głową na znak, że rozumiem i się z
nim zgadzam. Przecież to nic takiego. Doprawdy, ludzie robią gorsze rzeczy, a
ja szargam sobie zdrowie przez coś tak drobnostkowego. W końcu to nie tak, że
ktoś mógł na tym ucierpieć.
*
Choć Junsu przywitał mnie
uśmiechem, nie wyglądał na zadowolonego moją wizytą. Zastanawiałam się, czy
zdążył już usłyszeć od mamy jakieś niepokojące newsy, jak „twoja dziewczyna była
tu kilka razy” czy coś podobnego. Wiedziałam, że nie mówienie prawdy było
równoznaczne z okłamaniem go, ale szczerze, nie miałam problemu z dodaniem go
do listu oszukanych przeze mnie ludzi, w końcu chłopak dopiero dzisiaj wrócił
do rzeczywistości.
Z tego, co się dowiedziałam, odzyskał
świadomość nad ranem, jakieś siedem godzin temu, przeszedł już większość badań
i teraz spokojnie może ze mną porozmawiać. Jego mama od razu się wtrąciła,
grzecznie prosząc, bym jednak go nie przeforsowała i zwinęła się w miarę
wcześnie. Junsu chciał się wtrącić i zaprzeczyć, ale ja zdążyłam się z nią
zgodzić, nim w ogóle wydukał jakieś słowo. Oczywiście, że nie chciałam go
przemęczać, zwłaszcza, że wcale nie byliśmy aż tak blisko, żeby mieć o czym
rozmawiać przez tyle czasu. Wyjaśniłam im, że chciałam się tylko dowiedzieć,
jak się czuje i zaraz wracam z powrotem do siebie. Na szczęście nie musiałam
nic więcej mówić, pani Park tylko pokiwała głową i wyszła, delikatnie zamykając
za sobą drzwi.
- To ty też jeszcze siedzisz w
szpitalu? – zapytał. Przez chwilę mi się przyglądał, jakby próbował wzrokowo
ocenić stan mojego zdrowia. Zerknął na ogromnego siniaka i kilka zadrapań
na policzku, później jego wzrok zatrzymał się na kulach, które oparłam o
ścianę, obok jego łóżka. Wyglądał na zatroskanego, choć właściwie nawet jeszcze
nie wiedział, co mi dolega.
Wzruszyłam ramionami, przekazując mu nie tylko
informację o tym, że właściwie to sama nie mam zielonego pojęcia, co tutaj
jeszcze robię, ale również pokazując, że właściwie bardzo się tym nie martwię.
- Mama wspominała coś, że jutro mają zrobić mi
jakieś ostatnie badania i jak wszystko będzie w porządku, to puszczą mnie do
domu. W sumie nie wiem, co mi jest. Oprócz wczorajszej wysokiej gorączki i tej
durnej, pokiereszowanej kostki, to czuję się dobrze – wyjaśniłam, bo siła jego
spojrzenia niemal mnie wystraszyła. Dziwne, że pod wpływem jednego spojrzenia
byłam w stanie wyjawić mu wszystko, co chciał wiedzieć. – Ale przestańmy
rozmawiać o mnie, ty jesteś ważniejszy. Jak się czujesz?
- Jakby przebiegło po mnie stado słoni –
wyjaśnił, nie owijając w bawełnę.
Westchnęłam ciężko, zwieszając ramiona. Czułam
się taka bezsilna, wobec tego wszystkiego, co działo się dookoła mnie przez
ostatni czas, że aż zaczynało mnie to przytłaczać. Chciałam mu jakoś pomóc,
wziąć chociaż trochę bólu na siebie i w milczeniu patrzeć, jak wreszcie znowu
się uśmiecha. Potrzebowałam znów zobaczyć tak szczery uśmiech, jak jego kilka dni
temu.
- Przykro mi – powiedziałam.
- Mówisz, jakby to była twoja wina – zdziwił
się. Gdyby tylko wiedział, jakie miałam co do tego podejście… możliwe, że by
się wystraszył. – Jeżeli kiedykolwiek tak pomyślałaś, to jesteś w błędzie.
Wypadki się zdarzają.
Pokręciłam głową, wlepiając wzrok w podłogę.
- To ja zaproponowałam, żeby wziąć taksówkę.
Jakbyś poczekał na mamę, tak jak mówiłeś, to nic by się nie stało –
powiedziałam cicho, mrugając milion razy na minutę. Łzy wściekłości, żalu, winy
i bólu cisnęły mi się do oczu.
- Jeżeli już musisz znaleźć winnego, to jeden
leży tutaj – wskazał na siebie, a ja niemal się uśmiechnęłam, bo w jego oczach
dostrzegłam otuchę, jakiej mi brakowało. – W końcu to ja wybrałem taksówkę.
- Ale trasa byłaby taka sama – zdziwiłam się.
- Przecież nie ty ją ustaliłaś – dodał. – W
takim razie, jeżeli już koniecznie musisz mieć winnego, to jest nim taksówkarz
i jego szalone trasy.
Zaśmiałam się, kiedy doszedł do tego wniosku.
O tym raczej nigdy nie pomyślałam, w końcu taksówkarz i tak miał już dość
problemów przez ten wypadek. Chociaż przynajmniej nie odniósł żadnych obrażeń
fizycznych.
- To wszystko jakoś nie ma sensu
– skwitowałam, a on pokiwał głową.
- Widzisz, właśnie o tym mówię. To był zwykły
wypadek. Nie twoja wina, nie moja, nawet nie taksówkarza, z tego, co mówiła
moja mama. Tak się czasem zdarza.
Jemu tak łatwo przyszło pocieszenie mnie, że
aż poczułam ukłucie zazdrości. Dlaczego ja nie mogłam zrobić tego samego dla
niego? Jedyne, co mi przyszło to głowy, to ująć jego dłoń w swoje i po prostu
przy nim być, ale nawet tego nie mogłam zrobić. Co by sobie pomyślał?
Siedziałam więc obok, tylko co jakiś czas na niego zerkając. Moja obecność
chyba wcale go aż tak nie męczyła. Wręcz przeciwnie – gdy przyszła, wyglądał na
zdenerwowanego. Teraz nieco się rozchmurzył, posyłając mi coraz to lepsze
imitacje swojego czarującego uśmiechu. Choć nie były one tak cudowne, jak ten
pierwszy, który najbardziej zapadł mi w pamięć, to przynajmniej mogłam znów
podziwiać jego przesłodki dołeczek w prawym policzku.
*
P.O.V. Niall
- Dlaczego to zrobiłaś? – mój głos skoczył
niemal o oktawę, ale mało mnie to obchodziło. Mierzyłem właśnie wzrokiem
zdezorientowaną Lovato, która tylko wzruszyła ramionami, jak gdyby nic nie
przeskrobała. Prosiłem ją, błagałem, żeby najpierw ze mną ustalała, co będziemy
dalej robić, a nie od razu robiła, co jej się żywnie podoba.
Przez chwilę toczyliśmy niemą wojnę o dominację
w tym sfałszowanym związku, kiedy ona od tak znów wróciła do SMS-owania,
denerwując mnie dwa razy bardziej.
- Odpowiesz mi w końcu? – warknąłem, a kiedy
znów mnie zbyła, wyrwałem jej z ręki telefon. Poszło szybko i gładko, bo
zupełnie się tego nie spodziewała. Trzymałem go w dłoni tak mocno, że niemal
zbielały mi knykcie. Chyba dopiero teraz dotarło do niej, że zdążyła mnie już
doprowadzić do wściekłości. Następnym stopniem w hierarchii była furia – miałem
nadzieję, że do tego nie dojdzie, ale czułem, że ta rozmowa raczej nie zmieni
się w przyjemną.
- Skarbie, oddaj mi telefon – zaświergotała,
wyciągając dłoń w moją stronę. Schowałem telefon do tylnej kieszeni, by
wreszcie spojrzała na mnie. Wywróciła oczami, kiedy dostrzegła determinację na
mojej twarzy.
Przez chwilę po prostu tak
staliśmy, przyglądając się sobie nawzajem. Oczami wyobraźni widziałem, jak
teraz wyglądam – wściekły, z ustami zaciśniętymi w wąską linię i przymrużonymi
oczami. Włosy miałem potargane od londyńskiego wiatru, koszule wymiętą, po
długiej podróży z Southampton. Wreszcie znaleźliśmy się w studio nagraniowym w
Londynie, gdzie było cicho i spokojnie. Mogłem trochę odpocząć przed wieczornym
koncertem, chciałem się zrelaksować… ale nie, Demi musiała popsuć mi cały dzień
kolejnym, bezmyślnym wyskokiem. Teraz patrzyła na mnie, wciąż zdziwiona moją
reakcją. Pomimo ogólnej słodkiej, skromnej postawy, jej ciemne oczy były
przepełnione drwiną i radością z całej sytuacji. Usta ułożyły się w nieszczery
uśmiech. Rozłożyła ręce w geście obronnym, jakby tylko tyle miała do
powiedzenia. Wiecznie to samo: „nic złego nie zrobiłam”. Po chwili straciła
resztkę zainteresowania i odwróciła się na pięcie, ruszając do wyjście.
Poszedłem za nią. W holu skręciła do pokoju imitującego jadalnie, gdzie czasem
spotykaliśmy się z innymi artystami na kawie. Wyjęła z lodówki wodę mineralną i
usiadła przy stole, krzyżując nogi. Obrzuciła mnie znudzonym spojrzeniem, po
czym zaczęła skubać końcówki swoich niebieskich włosów.
- Po prostu chciała dodać całej
tej historii trochę więcej smaczku – powiedziała w końcu.
Powstrzymałem się od krzyku z bezradności,
odchrząknąłem i odpowiedziałem, bardzo drżącym z nerwów głosem:
- Wiem, że nie o to chodziło. – Dopiero, kiedy
opanowałem się na tyle, by kontynuować, dodałem: - Chcesz jej dopiec, tak?
- Komu? – zapytała, choć od razu sama znalazła
odpowiedź. – Ach, kochanej Anyi. Skądże! Ja? Dopiec jej? Niby dlaczego
miałabym…
- Bo jasno dałem ci do zrozumienia, że cię nie
chcę – rzuciłem prosto z mostu, aż na chwilę straciła całą pewność siebie. Nie
trwało to długo, ale zdążyłem dostrzec, co naprawdę czuje. Moje słowa ją
zabolały – miałem ochotę ją przeprosić, ale na nowo przybrała maskę obojętnej.
- Myślisz, że jesteś taki ważny? Nie zależy mi
na tobie, ja też ciebie nie chcę – syknęła, podnosząc się z krzesła. Stanęła
tak blisko, że poczułem na sobie jej ciepły oddech. – Jesteś taki delikatny i
spokojny, po prostu nudny. Kto by ciebie chciał? Powinieneś trzymać się tej
całej Anyi, skoro ona była na tyle stuknięta, żeby z tobą być – kontynuowała.
Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak wściekłej, co tylko dowodziło, że właściwie
to wcale się nie znaliśmy. – Nawet ona miała ciebie dość, skoro oglądała się za
Lukiem, jak tylko wrócił do kraju – warknęła, po czym sięgnęła do mojej tylnej
kieszeni i wyciągnęła swój telefon. Ostatni raz zaszczyciła mnie wściekłym
spojrzeniem i wyszła, zostawiając mnie z czystym szokiem na twarzy.
Jej słowa naprawdę zabolały. Obraziłem ją, a
ona w odpowiedzi uderzyła w najczulszy punkt. Należało mi się, za to, co
powiedziałem, ale… ja wcale nie chciałem jej skrzywdzić. Byłem wściekły i to
jakoś samo mi się wyrwało, nim zdążyłem ugryźć się w język. Mimo wszystko, nie
sądziłem, że Demi potrafi być taka okrutna. Zastanawiałem się, czy teraz będzie
chciała się ode mnie odciąć. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby następnego dnia dostał
po głowie od menagera, który karze mi ogłosić światu, że Nemi się rozpadło.
Wciąż trzymałem w ręce swój
telefon, który stał się powodem całego zajścia. Po odblokowaniu go ujrzałem jej
zdjęcie – roześmianej dziewczyny w blond włosach z niebieskimi końcówkami,
uśmiechającej się szeroko do aparatu. Nie byłem zły o tapetę w telefonie – to
co zamieściła w Internecie zabolało mnie dużo, dużo bardziej.
„Wygląda na to, że wreszcie zajęłam swoje
należyte miejsce, xx”., ćwierknęła dziś rano, przed naszym wyjazdem do Southampton.
W załączniku wrzuciła swoją selfie z moim telefonem, na którego ekranie
widniała jakaś nasza fałszywa konwersacja, o której istnieniu nawet nie
wiedziałem. Jako tło ustawiła nasze wspólne zdjęcie, zmieniła również swoją
nazwę kontaktu ze zwykłej „Demi”, na „Angel”.
Anioł.
Tak miałem zapisaną Anyę. Zanim nie dałem jej
odejść, jak idiota.
*
– Może potrzebujemy przerwy –
powiedział Niall, wreszcie wracając do mnie wzrokiem.
- W porządku – odpowiedziałam cicho.
- Wyjadę do Mullingar już dzisiaj, walizki mam
w samochodzie. Nie wrócę przed trasą. Może spotkamy się w Stanach – dodał
spokojnie. Odgarnął moje włosy za ucho, delikatnie, jak kiedyś. Pochylił się i
złożył na moich ustach pożegnalny pocałunek.
Nie chciałam otwierać oczu.
Chciałam zatrzymać na chwilę czas, cieszyć się chwilą i nie martwić się o
przyszłość. Jednak wiedziałam, że to niemożliwe. Właśnie podjęliśmy decyzję, z
którą będziemy musieli się uporać. Choć moje ciało krzyczało, żebym tego nie
robiła, mój umysł zachowywał trzeźwość i ciągnął mnie w drugą stronę,
zapewniając, że decyzja jest dobra. Pierwszy raz w życiu naprawdę go
posłuchałam. Do tej pory kierowanie się sercem wcale nie wychodziło mi na
dobre. Wręcz przeciwnie, zawsze sprowadzało na mnie kłopoty. Może pora to
zmienić.
- Nie zakochuj się w nikim za
szybko, dobrze? Daj nam jeszcze szansę – wyszeptał mi na ucho, powodując ciarki
na całym ciele. Kiwnęłam głową. Bałam się odezwać. Nie ufałam swojemu głosowi,
a do tej pory udawało mi się trzymać emocje na wodzy. Nie chciałam się teraz
rozpłakać.
Zawsze, gdy wspominałam nasze rozstanie –
nieważne, czy to był pierwszy, czy setny raz – w moich oczach wciąż pojawiały
się łzy. A mimo to, jak rasowa masochistka, zatapiałam się w nim, łapałam się
tego wspomnienia, niczym ostatniej deski ratunku. Dlaczego? Co to zmieniało? Za
każdym razem historia kończyła się tak samo. Nawet kiedy próbowałam nią
manipulować, nie potrafiłam, bo powrót do rzeczywistości był wtedy trzy razy
gorszy. A w ten sposób, z takim zakończeniem, mogłam przynajmniej wspomnieć
nasz ostatni, pożegnalny pocałunek. Jedyna chwila z tego pamiętnego dnia, która
naprawdę była warta zapamiętania. Niall nigdy nie całował mnie w ten sposób, bo
i nie miał ku temu powodów. Wtedy przelał w niego wszystkie swoje uczucia –
smutek, ale i troskę, żal, ale swego rodzaju nadzieję. Całował tak, jakby zaraz
miał mnie stracić na zawsze. I w końcu stracił. Choć nie z mojej winy.
- Boże, wyglądasz gorzej niż przypuszczałam –
usłyszałam tak dobrze znany mi akcent rodem prosto z Ameryki Środkowej.
Otworzyłam oczy i lekko uśmiechnęłam się do przyjaciółki. Nie dałam rady
powstrzymać całej radości, która zalała mnie niczym fala.
- Ty też nie jesteś olśniewająca z tymi cieniami
pod oczami – droczyłam się z nią, chłonąc jej widok spojrzeniem, prawie jak
fatamorganę na pustyni.
- No, a myślisz, że czyja to wina?
Pokręciłam głową, udając, że mocno zastanawiam
się nad odpowiedzią. Choć nie widziałam Riven od miesięcy, czułam się tak,
jakbym widziała ją zaledwie wczoraj. Ani ja, ani ona w sumie zbytnio się nie
zmieniłyśmy przez cały ten czas. Ona wciąż miała czarne, kręcone, puchate
włosy, ten sam szeroki uśmiech i to inteligentne spojrzenie czarnych jak smoła
oczu. Zwróciłam tylko uwagę na to, że sporo schudła – nie miała już tak
słodkich, okrągłych policzków. Teraz zaostrzyła się jej linia szczęki, a kości
policzkowe stały się bardziej dostrzegalne. Nie pasowały mi również te
tragicznie wyglądające cienie pod oczami, których nawet nie próbowała niczym
zakryć. W ogóle była ledwie umalowana – pociągnęła rzęsy tuszem i usta lekko
różową pomadką.
- Twoja, oczywiście! Zbierałam się całymi
dniami i nocami w sobie, żeby w końcu ci wybaczyć i cię tutaj odwiedzić!
Dobrze, że chociaż zdążyłam. Słyszałam, że jutro cię wypisują. Dopiero dałabyś
mi czadu, gdybym nie przyszła. – Westchnęła teatralnie, prawie rzucając się na
moje szpitalne łóżko. Otworzyła kolorowy plecak i zaczęła w nim grzebać,
oznajmiając tylko: - Mam coś dla ciebie.
Podała mi lusterko, uśmiechając się przy tym
znacząco. Obrzuciłam ją oburzonym spojrzeniem, na co zareagowała śmiechem.
Leżałam w szpitalu, miałam prawo wyglądać okropnie!
- Dobra, nie złość się, to był tylko żart –
powiedziała z uśmiechem, znów zaglądając do plecaka.
Wyjęła z niego zeszyt wielkości A4, czarny w
białe kwiaty. Na brzegach był strasznie poniszczony, na okładce namazane było
kilka miej lub bardziej widocznych wzorków i dwa podpisy – mój i Riven.
Poznałam ten zeszyt, jak tylko zobaczyłam jego wystający fragment. Pisałyśmy w
nim od pierwszej klasy liceum, co tylko przyszło nam do głowy. O ile dobrze
pamiętałam, był prawie w całości zapisany tekstami piosenek, nazwiskami
ulubionych artystów, najgłupszymi powiedzeniami, jakie każda z nas użyła oraz
marzeniami i nadziejami, bardzo skrupulatnie opisanymi. Mówiąc w skrócie – było
w nim wszystko – spisane i zakodowane zostało całe nasze licealne życie.
- Nie wierzę – szepnęłam, delikatnie biorąc go
do ręki. Przejrzałam część kartek, niemalże płacząc z zachwytu. – Dlaczego go
przyniosłaś? – zapytałam, nie bardzo rozumiejąc jej intencji.
- No, więc… - zawahała się, a jej ręka
powędrowała ku burzy czarnych loków. – Sądziłam, że jak ci ją pokażę, to może
nie będziesz na mnie aż tak wściekła za to, co ostatnio mówiłam i robiła i… że
może łatwiej przyjmiesz moje przeprosiny – wyjaśniła, jak zwykle całkowicie
prawdomówna.
Miałam ochotę trzepnąć ją w głowę za myślenie
takich głupot – jak mogła pomyśleć, że aż tak się na nią gniewam, że musi mi
przypominać o naszej przyjaźni?
- Jezu, ty naprawdę myślałaś, że ja cały czas
jestem zła? Już dawno o tym zapomniałam!
- Ale… nie odzywałaś się do mnie przez całe
lato! – prawie krzyknęła ze zdziwienia. Jej oczy były wielkości funta, w
dodatku świdrowała mnie nimi tak mocno, że aż spuściłam wzrok z powrotem na
zeszyt. Trzymałam go w rękach tak delikatnie, jakby to był teraz mój największy
skarb,
- Bo się bałam. To wszystko, co wtedy mówiłam
o Joy i o tobie. Po prostu było mi głupio. Sądziłam, że może ty wciąż miałaś mi
to za złe i…
- Czy naprawdę obydwie jesteśmy aż tak głupie?
– zapytała, śmiejąc się.
- Możliwe.
Ive przekręciła kartki, pokazując mi ostatnią
pustą stronę, czekającą na epickie zakończenie, którego nic i nikt nie pobije.
Uśmiechnęła się znacząco.
- Miałam nadzieję, że coś tutaj narysujesz,
przyszła studentko Akademii Sztuki – powiedziała, a moje serce zalała kolejna
fala radości.
- To będzie dla mnie zaszczyt, ale tylko,
jeśli tobie przypadnie napisać coś na zakończenie.
Riven pokiwała głową w zamyśleniu głową.
- Mam już nawet pomysł – skwitowała.
Wyciągnęła z plecaka ołówki, długopis i
mazaki. Kiedy zauważyła moje zdziwienie, tylko głośno się roześmiała. Nie
sądziłam, że przyniesie ze sobą cały asortyment, ale skoro już się
przygotowała, to chyba nie pozostało nam nic innego, jak wziąć się do pracy.
Wzięłam do ręki mój ulubiony ołówek, który Riven nosiła od kilku lat, przez co
zrobił się niezwykle mały, ale wciąż przydatny, i zaczęłam kreślić pierwsze
linie na papierze. Od dawna nie rysowałam, ale szło mi tak, jakbym nigdy nie
przestała.
~*~

#NU_ff
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!