P.O.V. Anya
Podczas pobytu w szpitalu, Niall
nie odwiedził mnie nawet raz. Doprawdy nie sądziłam, że kiedykolwiek stanę się
dla niego aż tak obojętna. Moje ciało nie bolało mnie nawet w połowie tak
bardzo, jak serce. Za każdym razem kiedy ktoś pukał do drzwi, miałam nadzieję,
że wreszcie zebrał się na odwagę. Niestety, chyba całą swoją uwagę poświęcił
Demi. Smutne było to, że nie starczyło mu uczuć dla mnie - nie dał mi nawet ich
resztki, jako osobie, którą ponoć kochał. Czy naprawdę tak łatwo jest przestać
kochać? Przecież to nawet nie mieści się w głowie, żeby pewnego dnia tak po
prostu obudzić się i stwierdzić, że jednak nie czuje się nic do kogoś,
komu wcześniej wmawiało się coś innego. Ciekawe, czy naprawdę zapomniał już o
co prosił przy rozstaniu? Zapewne powiedział to pod wpływem emocji, w końcu
gdyby mówił poważnie, sam nie złamałby słowa.
Zresztą, nie ma już nad czym się
zastanawiać. Nawet gdyby zmienił zdanie, gdyby chciał, żebyśmy do siebie
wrócili... mi już wcale na tym nie zależało. Nie chciałam go z powrotem. Miałam
dość czekania i użalania się nad sobą, wpatrywania się w ekran telefonu, na
nasze wspólne zdjęcie, bądź pisanie i kasowanie wiadomości tekstowych, na
których wysłanie i tak nigdy nie miałam odwagi. Koniec z wmawianiem sobie, że
prędzej czy później czeka nas happy end, bo to nie film, tylko rzeczywistość, w
której wszystko prędzej czy później się chrzani, a kiedy próbuje się coś
naprawić, to nagle ulega się wypadkom i całe życie diametralnie się zmienia.
Okej, w porządku, może moje nie zmieniło się aż tak diametralnie. Ale trzeba
przyznać, że leżąc samotnie w pustym pomieszczeniu przez całą nos, kiedy nie
przychodzi sen i aż chce się płakać ze zmęczenia, myśli się wtedy o wielu
rzeczach. Wiele sytuacji zostaje przemyślanych tak dogłębnie, że bardziej się
nie da i wtedy dochodzi się do wniosku... że jednak w wielu sprawach nie ma się
racji. Do mnie na przykład wreszcie dotarł fakt, że z Niallem Horanem nigdy nie
będziemy szczęśliwi. Było nam dobrze - na początku. Później zaczęły się schody,
które właściwie nigdy się nie skończyły. Wciąż mamy przed sobą kilka stopni i
albo obydwoje po prostu zeskoczymy na parter, albo nigdy nie będziemy już
szczęśliwi. Niall już zeskoczył. Dokonał wyboru - miał więcej odwagi ode mnie.
Ja wciąż rozglądam się dookoła, szukając poręczy, myśląc, że to mi w czymś
pomoże. Muszę w końcu zdobyć się na ten krok. Możliwie jak najszybciej, bo
zatapianie się we wspomnieniach i rozpływanie się nad szczęśliwą przyszłością,
która nigdy nie nadejdzie, nie jest najlepszym planem na życie.
Nie zakochuj się w nikim za szybko.
Odkąd zdecydowaliśmy się na
przerwę, która chyba zmieniła się już w prawdziwe zerwanie, wciąż nie mogłam
wyrzucić z głowy jego słów. Nie rozumiałam dlaczego tylko ja zdecydowałam się zastosować
do jego prośby. To naprawdę prze zabawne, że nie wziął na poważnie swoich
własnych słów, a ja głupia martwiłam się, żeby tylko nie zrobić nic wbrew
niemu.
Daj nam
jeszcze szansę.
Kiedy miałam, do cholery, dać nam
szansę? Jeszcze nie zdążyłam się dobrze otrząsnąć po naszej rozmowie, a on już
zajął miejsce u boku Demi. Dlaczego to ja zawsze musiałam cierpieć? Ach, bo
jako jedyna przejmuje się innymi ludźmi, zamiast zająć się wreszcie sobą. Niall
tak szybko poradził sobie z emocjami... aż odniosłam wrażenie, że tak naprawdę
nie żywił do mnie żadnych uczuć.
- Cześć, księżniczko. Tęskniłaś?
W przeciwieństwie do Horana,
odkąd Lukey odwiedził mnie po raz pierwszy dzień po wypadku, dotrzymywał mi
towarzystwa niemalże w każdej wolnej chwili. Zawsze przychodził uśmiechnięty,
nim zaczynaliśmy rozmawiać na jakikolwiek temat, pytał jak się czuję.
Widziałam, że te wizyty sprawiają mu nie lada przyjemność. Czasem zastanawiałam
się, czy właściwie nie cieszyły go bardziej, niż mnie. Nie wiedziałam, czy był
tak szczęśliwy dlatego, że nie musiał walczyć o miejsce u mojego boku, bo
dostał je od ręki, czy może po prostu naprawdę lubił spędzać ze mną czas. Od
czasu do czasu wpadała mi do głowy pewna myśl, której nie sposób było niczym
usunąć. Czy to Lukey podstępnie wyprał mi mózg, zmieniając całkowicie moje
poglądy na zerwanie z Horanem, czy wreszcie naprawdę wróciłam do zdrowych
zmysłów. Możliwe, że w szpitalu nie tylko leczyli moje ciało, ale przypadkowo
także duszę, bo z dnia na dzień autentycznie czułam się coraz lepiej - zrobiło
mi się tak lekko na sercu.
- Nie było cię pięć minut - odparłam z udawaną
ignorancją. - Ale tak, tęskniłam - dodałam, posyłając mu szeroki uśmiech.
To nie tak, że skoro odrzuciłam
wreszcie Horana, to teraz cała moja uwaga skupiła się na Hemmingsie. Po
prostu... Luka znałam praktycznie od dziecka, dlatego w jego towarzystwie
czułam się na tyle komfortowo, że mogłam sobie pozwolić na drobne żarciki,
które w pewnym niewielkim sensie czasem naprawdę stały na granicy flirtu.
Lubiłam go przytulać, bo zawsze był ciepły i ładnie pachniał, a dzięki naszej
długoterminowej znajomości, mogłam to robić od niechcenia, z premedytacją, z
zaskoczenia lub po prostu kiedy miałam taki kaprys. Lubiłam go zaczepiać,
szturchać i łaskotać, bo później zawsze tak słodko się obrażał. Zresztą, wtedy wystarczyło
znowu go przytulić, by przestał udawać poszkodowanego i wszystko wracało do
normy. W dodatku podobało mi się to, że cały czas przy mnie był, pomimo naszej
ostatniej, dość nieprzyjemnej rozmowy tuż przed moim wyjazdem, która - na
szczęście - chyba poszła w niepamięć. Podobało mi się to, że obydwoje nawzajem
się o siebie troszczymy i tak naprawdę niczego nie oczekujemy w zamian. On był
tam dla mnie, a ja dla niego, choć żadne z nas o to nie prosiło.
- Wiedziałem - rzucił
triumfalnie, usadawiając się obok mnie na i tak już dość ciasnym łóżku
szpitalnym. Przesunęłam się na sam brzeg, by zrobić mu trochę miejsca, przez co
o mały włos nie wylądowałam na podłodze. - No, jak znowu sobie coś
zrobisz, to już chyba nigdy nie wypuszczą cię z tego paskudnego miejsca -
powiedział, przytrzymując mnie za ramię.
- Nie jest paskudne. Jest
zadziwiająco sterylne, a biel ponoć oddziałuje na psychikę.
- Tak, tyle że nie oddziałuje
pozytywnie - zaśmiał się, wyciągając rękę pełną moich ulubionych cukierków.
Uśmiechnęłam się najszerzej, jak to w ogóle było możliwe.
- Tego nie wiesz, nie jesteś
specjalistą - dodałam, napychając się słodyczami.
- Hej, nie zabiorę ci tego, nie
śpiesz się tak, bo jeszcze się zadławisz - rzucił całkiem na poważnie,
przyglądając mi się ze zmartwieniem.
Zadziwiające było to, że pod
wieloma względami Nialler i Lukey byli do siebie bardzo podobni. Obydwoje
cholernie się o mnie martwili. Do pewnego czasu obydwoje zawsze przy mnie byli,
gdy ich potrzebowałam - chyba nikt nie dawał tak dobrych rad, jak oni. Sposób w
jaki na mnie patrzyli - radośnie, ale jak na jedyną kobietę na świecie, to jak
mnie przytulali - lewa ręka na mojej szyi, prawa oplatała mnie w pasie. Plus
był taki, że jeden mógł z łatwością zastąpić drugiego. Niestety minusem było
to, że za bardzo mnie to martwiło, bym ot tak mogła przelać moją miłość na
Luka, zapominając o Niallu. Choć, nawet mimo tego musiałam przyznać, że wciąż
czułam coś do Hemmingsa. Od zawsze wiele dla mnie znaczył i zawsze będzie,
nawet, jeżeli u mojego boku znajdzie się ktoś inny - temu nie mogłam zaprzeczyć.
- Zrobiłeś to, o co cię prosiłam?
- zapytałam, kiedy mój humor uległ gwałtownej zmianie i zalała mnie fala
smutku, na myśl o wciąż nieprzytomnym koledze leżącym w sali obok.
- Pytałem lekarzy, ale wciąż
odpowiadają tą samą regułką: informacje przekazuję tylko osobą z rodziny,
przykro mi - odpowiedział, przedrzeźniając tutejszych doktorów. Kiedy dotarło
do niego, że wcale nie jest mi do śmiechu, objął mnie ramieniem i dodał: -
wszystko będzie dobrze. Przestań się martwić i skup się na swoim zdrowiu, bo z
tobą też nie jest najlepiej.
- Nic mi nie jest - żachnęłam
się, strzepując jego rękę z ramienia. Zsunęłam się niezgrabnie z łóżka,
przytrzymując się drewnianej szafki, stojącej tuż obok. Powstrzymałam
jęknięcie, które napierało mi na usta. Wciąż byłam obolała, choć nie tak
bardzo, jak pierwszego dnia. Stałam zgięta w pół, ze łzami w oczach, które
mężnie powstrzymywałam. - Nie patrz tak na mnie i podaj mi te durne kijki -
warknęłam, wyciągając do niego rękę.
Chodzenie o kulach było dla mnie
porównywalne ze sportem wyczynowym. Nie było niemożliwe, ale trzeba było nieźle
się nagimnastykować i najlepiej mieć za sobą lata praktyki, by okiełznać
metalowy sprzęt. Mój prawy nadgarstek utrudniał mi poruszanie się - nie był w
pełni zdrowy, przez co musiałam balansować ciężarem ciała tak, by nie
nadwyrężać kończyny, a przy tym nie połamać szczęki na szpitalnych płytkach.
- Co ty robisz, do jasnej cholery
- syczał za mną Luke. Jeszcze chwila, a
pogrozi mi palcem, pomyślałam.
- Zostań tutaj - rozkazałam mu, powoli
podchodząc do drzwi. Krzyczał coś za mną, ale nie wyszedł z pokoju.
W sumie nie do końca wiedziałam, co robię.
Chciałam dowiedzieć się w jakim stanie był Junsu. Tylko tyle. Niestety nie
miałam pomysłu, jak podejść lekarza, by wyjawił mi jakieś informacje. W końcu
ja również nie byłam z rodziny - nie byłam nawet jego przyjaciółką, żeby móc
powoływać się na jakikolwiek tytuł. Cóż, zamiast rozmawiać z doktorem, mogłam
poszukać mamy chłopaka, ale i w tym przypadku pojawiał się problem - nie miałam
bladego pojęcia, jak ta kobieta wygląda. Mogłam się jedynie domyślać, że
zapewne również jest Azjatką.
Nie zdążyłam obmyślić żadnego
planu, kiedy wpadłam na doktora. Mężczyzna zajmował się moim powrotem do
zdrowia, dlatego z marszu mnie rozpoznał. Jego wzrok zatrzymał się
na moich kulach, później zerknął na kostkę, którą cały czas trzymałam w
powietrzu i dopiero wtedy spojrzał mi w oczy. Był zaskoczony moją wędrówką
przez korytarze, jednak nic nie powiedział. Miałam wrażenie, że za chwilę po
prostu odejdzie, dlatego spanikowana od razu zaczęłam rozmowę.
- Cieszę się, że pana widzę -
zaczęłam, nie bardzo wiedząc, co dalej. - Ja... ja chciałam zapytać o Jusnsu...
się chciałam dowiedzieć czy... czy wszystko z nim w porządku - jąkałam się, nie
mając w głowie żadnego pomysłu, żeby jakoś przekonać mężczyznę do przekazania
mi wiadomości.
Przyglądał mi się przez chwilę. Przybrałam
zmartwiony wyraz twarzy, wlepiłam w niego oczy, które w moim mniemaniu
przypominały teraz oczy kota ze Shreka i przygryzłam dolną wargę. Nie
przekonałam go samym spojrzeniem. Wiedziałam, że tak było, bo odwrócił wzrok i
mocno zacisnął wargi.</p>
- Zdaje się, że nie jesteś z
rodziny - stwierdził, znów mi się przyglądając, tym razem z zaciekawieniem. -
Nie wiem, kim jesteś dla pacjenta, ale dopóki…
- Ja... ja jestem jego dziewczyną
- palnęłam, nim zdążyłam ugryźć się w język. To było jedyne, co w tej sytuacji
przyszło mi do głowy. Zanim zaczęłam się poprawiać, jąkać i cofać to, co
powiedziałam, szybko przemyślałam całą sprawę raz jeszcze. I po raz drugi. I po
raz trzeci. Przecież to nie tak, że ta informacja zmieni całe moje i jego
życie, prawda? Nikt oprócz doktora się o tym nie dowie, bo w końcu komu miałby
powiedzieć? Przełknęłam gulę, która znienacka pojawiła się w moim gardle i
przerażona odwróciłam wzrok. Nie potrafiłam kłamać ludziom w oczy, bez
mrugnięcia, bez zająknięcia, dlatego od razu poczułam się zdemaskowana, kiedy
tylko zdziwiony lustrował moją twarz, teraz zapewne czerwoną ze zdenerwowania.
- Przepraszam, czy ja dobrze
usłyszałam? - głos nieznajomej kobiety zaskoczył mnie. Jeszcze minutę temu hol
był pusty. - To o tobie opowiadał mi Junsu? - zapytała, zwracając na siebie
całą moją uwagę.
Kobieta na oko miała trochę mniej
niż czterdzieści lat. Była niską, drobną szatynką o ogromnych, czekoladowych
oczach, ubraną w zwykłą granatową koszulę i jeansowe spodnie. Moja mama, tak
samo jak jej wszystkie koleżanki, prawie zawsze noszą szpilki, właśnie dlatego
zdziwił mnie fakt, że miała na sobie zwykłe, czarne, młodzieżowe trampki, a
zamiast ogromnej, damskiej torby, na ramieniu niosła czarny, skórzany
plecaczek. Budziła we mnie pozytywne emocje, choć nawet jeszcze jej nie znałam.
- Nazywam się Thania Park, jestem
mamą Junsu - przedstawiła się. Ukłoniłam się delikatnie, wyciągając w jej
stronę rękę, o mały włos nie upuszczając przy tym znienawidzonych przeze mnie
kijków.
- Anya Tomlinson, ta sama, o której zdaje się
mówił pani syn - wyjaśniłam, posyłając jej przyjazny uśmiech.
Nie spodziewałam się takiego
obrotu spraw. Kłamanie przy kimś kompletnie obcym wydawało się prostsze. Ale
kłamanie przed mamą chłopaka, za którego dziewczynę właśnie się podałam...?
Czułam, że robię się coraz bardziej czerwona na twarzy z nerwów. Przecież kiedy
Junsu się obudzi, to ja będę leżała w
śpiączce, o ile od razu po prostu mnie nie zabije…
- Lekarze są dobrej myśli. Wciąż
czekamy, aż wreszcie się obudzi - powiedziała z lekkim uśmiechem, chyba pełna
nadziei na lepsze jutro. Pokiwałam głową, zastanawiając się, co teraz. Przecież
nie mogłam jej powiedzieć, że ot tak nakłamałam doktorowi, żeby dostać jakieś
informacje. Przecież to brzmiało idiotycznie, jakbym była zwyczajnym stalkerem,
czy kimś ich pokroju. Szybko postanowiłam, że na razie nie będę ciągnąć
tego tematu. Tak, jakby nic się nie stało. Może nikt nie zwróci na to uwagi? -
A ty, jak się czujesz? - zapytała, wskazując dłonią na moją kostkę.
Zrobiło mi się naprawdę głupio,
kiedy zapytała o moje samopoczucie. W końcu jej syn leżał w śpiączce w salo
obok, a u mnie wszystko pomału wracało do normy. Po wypadku zostały mi tylko
obolałe kończyny, brak sił i brak snu. Moje problemy były tak błahe w stosunku
do jej. Wiedziałam, że przecież nie mam z tym nic wspólnego - los zrobił z
nami, co chciał. Byłam tylko nędzną marionetką w jego przedstawieniu, a mimo to
poczucie winy prawie zżerało mnie od środka.
- Ja... wszystko wraca do normy -
odpowiedziałam trochę niepewnie, acz zgodnie z prawdą.
Choć Thania Park wydawała się
zrównoważoną, spokojną i przyjaźnie nastawioną osobą, miałam wrażenie, że za
chwile coś w niej pęknie, wyleje się z niej cały gniew i smutek, a oberwie się
akurat mnie, ponieważ stoję najbliżej. Może to przez moją matkę? Nigdy nie
miałam jej za poukładaną - emocje wylatywały z niej niczym kule z armaty. Gdyby
to ona stała teraz przede mną, właśnie dostałabym kilkoma w brzuch. Tymczasem
pani Park wciąż delikatnie się uśmiechała, mówiąc o tym, że wierzy, iż jej syn
niebawem się obudzi. Była taka pozytywna.
- Chcesz się z nim zobaczyć? -
zapytała po jakimś czasie. Chyba dostrzegła, że już ledwie utrzymuję się na
nogach ze zmęczenia.
*
Nie byłam pewna, czy Junsu
chciałby, żebym widziała go w takim stanie, biorąc pod uwagę to, jak krótko się
znamy. Mimo wszystko, nie wiedziałam jak się z tego wywinąć - nie chciałam
robić przykrości jego mamie, która patrzyła na mnie wyczekująco. Kiwnęłam głową,
podążając za nią do pokoju Junsu. Doktor już dawno poszedł załatwiać inne
sprawy, dlatego nikt nawet nie zwrócił uwagi na to, że nie powinnam tam
wchodzić. Na pewnie nie interesowało to pani Park, która otworzyła przede mną
drzwi i czekała, aż pierwsza wgramolę się do środka. Poruszałam się z
prędkością żółwia, więc nim weszłam do pomieszczenia zdążyłam całkowicie
ogarnąć je wzrokiem - tak na dobrą sprawę, to wyglądało niemalże
identycznie jak to, w którym sama chwilowo pomieszkiwałam, tyle że na parapecie
stał bukiet tulipanów, a u mnie w tym samym miejscu znajdywały się róże, które
codziennie przynosił mi Lukey.
Nie wiedzieć czemu, na początku
bałam się spojrzeć na Junsu. Moja wyobraźnia podsuwała mi dotychczas
najprzeróżniejsze wizje, w których najczęściej chłopak był podłączony do
dziwnych przyrządów, a jego twarzy była tak pokiereszowana, że z początku nie
wiedziałam, czy to na pewno on. Cóż, kiedy wreszcie zmusiłam się, by zwrócić na
niego uwagę, spostrzegłam, że w rzeczywistości prezentował się znacznie lepiej.
Z tego, co dotarło do mnie z monologu pani Park, już jakiś czas temu
odłączyli go od maszyn - był w stanie sam oddychać, co bardzo dobrze mu
wróżyło.. Oprócz kilku sińców na twarzy, nie wyglądał tak źle - właściwie, to
im dłużej się mu przyglądałam, tym większe odnosiłam wrażenie, że wygląda,
jakby po prostu spał. Miał spokojny wyraz twarzy, jakby wreszcie cieszył się
odpoczynkiem po ciężkim dniu pracy.
Westchnęłam. Myślałam, że to nie
będzie takie trudne - że tak po prostu wejdę, posiedzę chwilę przy jego łóżku,
a później wykręcę się zmęczeniem i pójdę do siebie. Kiedy go zobaczyłam,
takiego bezbronnego, śpiącego na wznak z lekko rozchylonymi ustami,
poczułam ukłucie w brzuchu. Dlaczego akurat on.
Nie pamiętałam całego wypadku.
Właściwie pamiętałam jedynie jego urywki... na szczęście. I tak przerażało mnie
to, co widziałam, gdy na dłużej zamykałam oczy. Znów czułam, jak pas
bezpieczeństwa wrzyna mi się w skórę, znów nie mogłam oddychać i znów modliłam
się, żeby jednak zapomnieć. Zwłaszcza, że nie dawał mi spokoju fakt,
że to ja powinnam teraz leżeć w śpiączce, walcząc o życie, a nie Junsu.
Jak to w ogóle mogło się stać, skoro to ja byłam narażona na większe
niebezpieczeństwo? To z mojej strony wyjechał samochód, to ja mogłam odnieść
najwięcej obrażeń. Cóż, w pewnym sensie tak było - wyglądałam jakbym właśnie
wróciła z wojny. Ale to jednak nie ja myślami wciąż tkwiłam na tamtym świecie.
Jak...? Czy naprawdę istnieje ktoś taki, jak anioł stróż? Czyżby mój nade mną
czuwał, a anioł Junsu... po prostu się zagapił?
Nie potrafiłam opanować drżenia
ciała, mimo, że tak usilnie próbowałam. Może ze zmęczenia, a może psychicznie
nie wytrzymywałam tego całego bałaganu, w którym wylądowaliśmy przez zrządzenie
losu? Jeszcze trochę, a wyląduję u psychiatry, bo zdawało mi się, że z dnia na
dzień było coraz gorzej. Gdyby nie towarzystwo wiecznie rozbawionego i
nieprzewidywalnego, choć wciąż stanowczo zbyt zadufanego w sobie Luka, nie
wiem, co by się teraz działo. Może już dawno poddałabym się złej energii…
- Wszystko w porządku? Jesteś
strasznie blada - zapytała pani Park. Mówiła tak cicho, że prawie jej nie
słyszałam. Pokręciłam głową, siadając ciężko na krześle, które mi podsunęła.
Złożyłam kule i położyłam je na podłodze, z trudnością się schylając. - Może
powinnaś…
- Jest dobrze, naprawdę. Po
prostu... martwię się - wyznałam, kłamiąc tylko w kilku procentach. Martwiłam
się, to prawda, ale pani Park mogła odebrać to jako troskę o jej syna, co nie
do końca było prawdą. Oczywiście, że chciałam, by jak najszybciej wrócił do
zdrowia, bym znów mogła zacieśniać z nim więzy, ale tak naprawdę bardziej
martwiła mnie moja reakcja na widok Junsu. Zrobiło mi się duszno, zaczęłam się
trząść, przygryzłam wargę tak mocno, że w ustach poczułam metaliczny smak
własnej krwi... To trochę tak, jakby wreszcie dotarła do mnie powaga sytuacji.
Przeżyłam. Żyję. Jestem.
Oddycham. Myślę. To wszystko było takie oczywiste, dopóki nie zobaczyłam,
jakiego pecha miał Park Junsu - choć ledwo go znałam, zdążyłam się już
przekonać, jak wspaniałą i dobrą jest osobą. Wyszłam z wypadku prawie bez
szwanku. Junsu żyje, oddycha, ale do pełnego powrotu do zdrowia jeszcze długa
droga.
- Skarbie, wszystko będzie
dobrze. Powiem ci w tajemnicy, że jestem w dziewięćdziesięciu procentach pewna,
że już jutro się obudzi. Po prostu... tak czuję - zwierzyła się, kładąc rękę na
moim ramieniu, próbując dodać otuchy.
W pewnym sensie jej się udało.
Skoro ona była dobrej myśli, to nie pozostało mi nic innego, jak pójść w jej
ślady i wierzyć, że już jutro znów zobaczę jego ciemne, ogromne oczy, które
teraz wydawały się niemal identyczne, co oczy jego matki. A przynajmniej tak je
zapamiętałam.
- Chcesz zostać z nim sama? -
zapytała, zwracając na siebie całą moją uwagę. Niechętnie przeniosłam
spojrzenie z twarzy chłopaka, na jego matkę. Dopiero kiedy dotarło do mnie, o
co pyta, z przerażenia otworzyłam szerzej oczy. - Niedługo wrócę - dodała, nie
zwracając uwagi na moją minę. Uśmiechnęła się tylko przelotnie, przechodząc
obok mnie, by na kilka sekund wziąć w ręce dłoń syna. Kilka sekund później już
zamykała za sobą drzwi.
Nieco zdenerwowana zaczęłam
przytupywać zdrową nogą w rytmie piosenki, którą kilkanaście minut wcześniej
pokazał mi Lukey. Przez chwilę zastanawiałam się, czy biedak wciąż siedzi w moim
szpitalnym pokoju, czekając na mój powrót, czy może już się obraził i poszedł
na próbę. Zerknęłam na zegarek, który dzisiaj rano oddała mi mama - miał
jeszcze dokładnie godzinę i trzy minuty wolnego czasu, potem próba, a po niej
ich pierwsza prawdziwa sesja zdjęciowa. Byłam z nich tak cholernie dumna!
Dopiero po chwili wróciłam do
rzeczywistości, kiedy denerwujący, pikający dźwięk dobiegł do moich uszu. Znów
skupiłam całą swoją uwagę na Junsu, który wciąż nie poruszył się ani o
milimetr. Nie bardzo wiedziałam, co teraz zrobić. Czy powinnam zacząć z nim
rozmawiać? A raczej... zacząć do niego mówić? Tylko o czym?
- Oj, Junsu - westchnęłam, kładąc
ręce na jego łóżku. Krzesło było stosunkowo niskie, dlatego mogłam
swobodnie oprzeć się o materac. - To powinnam być ja - dodałam zgodnie z
prawdą, lustrując każdy milimetr jego twarzy po kolei. Już przy pierwszym
spotkaniu dostrzegłam, jaki jest przystojny, choć na drugi dzień nie pamiętałam
nawet o jego istnieniu. Zresztą, przy drugim spotkaniu wcale nie wyglądał mniej
atrakcyjnie. Teraz też nie wyglądał najgorzej, nie zwracając uwagi na kilka
siniaków i zadrapań, to właściwie bardzo się nie zmienił, oprócz tego, że jego
twarz miała spokojny, delikatny, wręcz niewinny wyraz. - Wrócisz do nas jutro,
tak, jak mówiła twoja mama, prawda? - zapytałam niczym pięcioletnie dziecko,
wierzące w cudy. Może nie powinnam... ale mimo wszystko wierzyłam, że właśnie
tak będzie.
Niepewnie, drżącą ręką sięgnęłam
po jego dłoń, którą ujęłam najdelikatniej, jak potrafiłam, jakbym w jakimś
stopniu mogła go tym skrzywdzić. Miał bardzo delikatną, nieco zimną
skórę. Pogładziłam opuszkami palców wierzch jego ręki, rysując na niej nic nie
znaczące kształty, które aktualnie kręciły się po mojej głowie. Nie miałam
pojęcia, czy cokolwiek z tego będzie pamiętał, kiedy wreszcie się ocknie, ale
miałam jakąś dziwną nadzieję, że nie zapomni, że tu byłam. Im więcej o nim
myślałam, im więcej się martwiłam, tym bardziej zaczynało mi zależeć.
*
P.O.V. Luke
Kiedy Anya kazała mi czekać
w jej pokoju, z początku chciałem zrobić na przekór i po prostu wrócić do
chłopaków. Choć nienawidziłem, gdy ktoś mi rozkazywał i najczęściej ignorowałem
wszystkie nakazy i zakazy, tym razem, ze względu na stan, w jakim znajdowała
się Anya, zostałem. Wciąż nieco wściekły, rozsiadłem się na niezaścielonym
łóżku, na którym wciąż na rozwalane były papierki po słodyczach, które
codziennie jej przynosiłem.
Chciałem, by jak najszybciej
wróciła do zdrowia, choć jednocześnie cieszyłem się, że jednak wciąż mnie
potrzebuje. Chyba trochę bałem się, że kiedy odzyska siły i całkowitą sprawność,
znowu mnie odrzuci, nawet jako przyjaciela. Zamknąłem oczy, by pomału przywołać
jej obraz w głowie. Lubiłem na nią patrzeć. Była piękna, miała cudowne
spojrzenie, czasem ostre, czasem delikatne, czasem patrzyła
na mnie jak na idiotę, ale mimo wszystko, chyba to spojrzenie lubiłem
najbardziej. Jej włosy, dotychczas długie w kolorze jasnego blondu opływały jej
lekko zarumienioną twarz, teraz były w kolorze jasnego brązu, nieco krótsze, do
których zdążył się już przyzwyczaić. Wciąż były miękkie i wciąż pachniały jej
ulubioną odżywką, poziomkową z dodatkiem migdałów. Wyobraziłem ją sobie tak
dobrze, że zapach jej perfum niemal dotarł do moich nozdrzy, gdy do
rzeczywistości sprowadziło mnie czyjeś chrząknięcie. Spodziewałem się ujrzeć
mamę Anyi, Louisa, bądź samą Any. Chyba ostatnią osobą, jaką kiedykolwiek
chciałem tutaj zobaczyć, był Niall Horan.
Wpatrywał się we mnie z wściekłością
wymalowaną na twarzy, z odrazą w oczach. Wykrzywił wargi, pokazując swoje
zniesmaczenie. Przez chwilę taksował mnie spojrzeniem, stojąc z założonymi
rękami w lekkim rozkroku. Zajęło mi to chwilę, ale dotarło do mnie wreszcie
kilka ważniejszych drobiazgów - czerwone, nieco zapuchnięte oczy, drżące wargi
i smutek, który krył się w jego oczach, za całym oburzeniem i obrzydzeniem.
- Co ty tu, do cholery jasnej,
robisz? - warknął głosem ochrypłym i przemęczonym.
- To, na co ty nie miałeś czasu.
Przejmuję się - odpowiedziałem sucho, wstając z łóżka.
- Jak... co ty pieprzysz? -
zapytał, podnosząc głos. - Ja też się przejmuję, myślisz, że nie?! Bawi cię
to?! - krzyknął, kiedy zacząłem się cicho śmiać.
- Tak. Bawisz mnie, bo jesteś
totalnym idiotą. Zajmujesz się inną laską przez cały czas, zjawiasz się tutaj
RAZ i już myślisz, że jesteście kwita? Dla twojej informacji, Anyi już na tobie
nie zależy – dodałem.
Przez chwilę się we mnie
wpatrywał z czystym niedowierzaniem. Rozchylał usta parę razy, jakby chciał coś
powiedzieć, ale niemal natychmiast je zamykał. Zgasiłem go, nim zdążył się
rozkręcić, co w sumie bawiło mnie jeszcze bardziej. Panoszył się, podając się
za jakiegoś twardziela, kiedy tak naprawdę wciąż był delikatny i słaby. Co
chciał przez to osiągnąć? Na pewno nie pomogło mu to w ponownym zdobyciu Anyi,
jego oczka w głowie, o które tak się kiedyś martwił. Doprawdy, przychodząc
tutaj raz, nie mógł załatwić całej sprawy. Chyba to wreszcie do niego dotarło,
bo w mgnieniu oka odwrócił się na pięcie i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
Tym razem wygrałem, pomyślałem, dumny ze swojego wyczynu.
~*~

#NU_ff
- Copyright 2014.
- Gif credit to owner.
- Nie posiadam żadnych praw do któregokolwiek z użytych utworów muzycznych. Prawa te posiadają odpowiedni artyści oraz wytwórnie muzyczne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!