P.O.V. Anya
Pierwsza rzecz, jaka dotarła do
mnie po przebudzeniu, to ogromny ból głowy. Przez chwilę zastanawiałam się, czy
czasem nie wpadłam wczorajszego wieczoru pod pędzący samochód. Albo pociąg.
Myślenie było równie bolesne, co jakikolwiek ruch, dlatego przez chwilę trwałam
w zawieszeniu z zamkniętymi oczami.
Było mi zadziwiająco wygodnie.
Odkąd mieszkałam u cioci, ani razu nie spało mi się aż tak dobrze! Zaskakująco
dziwne. Zdecydowałam się wreszcie otworzyć oczy i pozwolić zaatakować się
promieniom słonecznym. Najpierw lewe oko, później prawe – nie było tak źle,
dzisiejszy dzień był raczej dość pochmurny, tylko...
- Co jest… - szepnęłam, rozglądając się dookoła.
Przetarłam kilka razy oczy, jakby to miało w czymś pomóc.
Może to fatamorgana? Pewnie jestem odwodniona, myślałam.
Tak… czasem jestem naprawdę mało
inteligenta, żeby nie mówić nic gorszego.
Leżałam na niewielkim,
jednoosobowym łóżku. Pomieszczenie wyglądało na hotelowe. Wnioskowałam po
ogólnie małej liczbie rzeczy/mebli, przerażającym porządku i dość widocznej
elegancji. Chyba, że ktoś po prostu lubił taki styl i bawił się w
ekstrawagancję we własnym domu. Pokój nie był duży, utrzymany w jasnych
kolorach – kremowo-czekoladowe ściany, beżowa pościel, jasne drewniane
szafki...
Multum pytań przechadzało się po
mojej głowie, raz po raz przyprawiając mnie o jeszcze większe boleści. Może nie
bałabym się aż tak bardzo, gdybym miała na sobie sukienkę mojej cioci, która
aktualnie wisiała na krześle po drugiej stronie pomieszczenia. Co się, do
jasnej cholery, wczoraj wydarzyło? Przecież to nie w moim stylu… ja się nie
upijam i nie chodzę z przypadkowymi kolesiami do hoteli!
Nim zdążyłam podnieść się z łóżka
(naprawdę ciężko było ignorować ból) i sięgnąć po sukienkę, usłyszałam szczęk
zamka hotelowych drzwi. Ktoś po drugiej stronie progu starał się zachowywać
zadziwiająco cicho. Nim w ogóle otworzył drzwi (robił to tak powoli, jakby nie
chciał mnie obudzić), zdążyłam schować się pod kołdrę aż po czubek głowy. Byłam
tak bardzo zdenerwowana i wystraszona, że nie potrafiłam już opanować drżenia
własnego ciała. Serce waliło o moją pierś niczym młot o żelazo, ciśnienie
podniosło mi się tak drastycznie, że czułam jego bicie w mojej biednej,
obolałej głowie, co właściwie wcale a wcale mi nie pomagało się uspokoić.
Naprawdę wydawało mi się, że za chwilę zejdę z tego świata. Może to
oszczędziłoby mi wrażeń.
- Gdybym był włamywaczem, pewnie
bym cię nie zauważył – odezwał się zapewne właściciel pokoju.
Poczułam jak materac obok mnie
delikatnie się ugina. Później poczułam zapach świeżego pieczywa i kawy. Nikt
się na mnie nie rzucał, nikt nie próbował przygnieść mnie do łóżka, co mnie
troszeczkę uspokoiło. Tylko na tyle, żeby wystawić czubek głowy spod kołdry i
przyjrzeć się tajemniczemu chłopakowi. No cóż, nie aż tak tajemniczemu, skoro
kojarzyłam go z imprezy. Przetańczyliśmy połowę wieczoru, a może i cały wieczór
– nie miałam pojęcia, w końcu pamiętałam tylko jego fragment. Jakie to
żałosne...
Zaśmiał się cicho, widząc moje
zmieszanie.
- Wczoraj nie byłaś taka
nieśmiała – powiedział, czym kompletnie zbił mnie z pantałyku.
Przełknęłam ciężko ślinę. Nie
bardzo rozumiałam, co miał na myśli.
- Kupiłem ci śniadanie i kawę,
może postawi cię na nogi – dodał, uśmiechając się delikatnie.
Był zadziwiająco spokojny, miły
i… sprawiał wrażenie człowieka, któremu od razu można zaufać. Cóż, niektórzy
ludzie tak mają. Widzisz ich raz, a za drugim masz ochotę opowiedzieć wszystko,
co pamiętasz od czasów leżakowania w przedszkolu.
Poprawił okulary, które zsunęły
mu się na sam czubek nosa, gdy się pochylił, by wyjąć z torby jedzenie. Wręczył
mi papierową torbę z – jak się okazało chwilę później – croissantem w środku, a
później kubeczek z kawą prosto ze starbucks’a. Od razu wpadło mi do głowy, by
dyskretnie sprawdzić imię, które prawdopodobnie zostało napisane na zamówieniu.
Kiedy chłopak schylił się, żeby wyciągnąć również swoje śniadanie, przekręciłam
kubek i przyjrzałam się literkom. Ktoś miał strasznie niezgrabne i ciężkie do
rozczytania pismo. Zajęło mi to kilka sekund, ale udało mi się rozczytać te
hieroglify, które ułożyły się w imię „Junsu”.
Zadzwoniło, ale nie wiedziałam w którym
kościele.
Pamiętałam, jak się przedstawiał.
Po chwili przypomniał mi się również fragment rozmowy. Junsu, Koreańczyk, który
mieszkał w Londynie. Spędziliśmy razem cały wczorajszy wieczór. To doprawdy
żenujące, żeby nie wiedzieć, jak to wszystko się skończyło. Nigdy nie byłam w
podobnej sytuacji, nie miałam pojęcia, jak się zachować. Zajęłam się więc
croissantem, na którego widok od razu pociekła mi ślinka. Napiłam się najpierw
kawy, by pozbyć się nieprzyjemnego pieczenia w gardle. Cóż, niezbyt pomogło,
ale nie miałam teraz żadnych środków, które jakkolwiek pomogłyby mi ulżyć w
cierpieniu, więc zabrałam się za jedzenie.
- Twoja sukienka już wyschła.
Plamy prawie nie widać, choć… ciocia pewnie zauważy, skoro to jej ulubiona –
powiedział, kiwając głową w stronę krzesełka, na którym wisiało moje ubranie.
Przypomniał mi, że wciąż mam na
sobie tylko bieliznę, dlatego szybko podciągnęłam pościel nieco wyżej. Czułam,
jak gorąco uderza mi do twarzy. Świetnie, pewnie wyglądałam jak dorodny
pomidor.
Dopiero po chwili dotarło do
mnie, co powiedział. Po pierwsze – moja sukienka już wyschła. Była mokra? Nie,
mówił coś o plamie. Coś na nią wylałam? W takim razie… czy możliwe, że to tylko
dlatego wisiała teraz na krzesełku? Po prostu sobie… schła?
Ten promyczek nadziei odbił się
na mojej twarzy.
- Jedna z… - odpowiedziałam mu po
raz pierwszy tego ranka.
- Słuchmm? – zapytał, zasłaniając
przy tym usta. Miał pełną buzię, więc wyszedł z tego raczej czysty bełkot.
- Jedna z ulubionych, nie
ulubiona. Ulubiona jest niebieska i ma trzy falbanki u dołu, nie ma ramiączek,
a ja nie mam bladego pojęcia, dlaczego właściwie ci to powiedziałam –
zakończyłam swój krótki wywód, z konsternacją wpatrując się w kubek z kawą.
- O, proszę! Trochę się
otwieramy, co? – powiedział z dumą, po czym upił (a dokładniej – siorbnął)
łyk kawy.
Nie odpowiedziałam. W ogóle nie
powinnam się była odzywać, co z tego, że chłopak budził zaufanie, skoro i tak
nie miałam pojęcia kim był. Czułam się coraz bardziej zażenowana, co Junsu
chyba zauważył, bo kompletnie zmienił tory rozmowy. Nachylił się trochę w moją
stronę, ściszając głos - poczułam ostry zapach jego wody kolońskiej. Tak
pięknie pachniał, że prawie dostałam zawrotów głowy z wrażenia.
- Słuchaj, wiem, co teraz sobie
myślisz o wczorajszym wieczorze, ale dla twojej wiadomości - normalnie nie
poruszam tego tematu, ale skoro tak bardzo się mnie boisz, to wyjawię ci moją
tajemnicę - mam taką niepisaną zasadę, że nie chodzę do łóżka z dziewczynami,
które wymiotują mi na buty. Nieważne jak bardzo są piękne, choć dla ciebie
prawie zrobiłbym wyjątek. – Mrugnął do mnie, po czym wybuchnął gromkim
śmiechem, widząc moją minę.
Z jednej strony, całkowicie mi
ulżyło, a z drugiej, było mi dziwnie głupio. Chłopak przed chwilą oskarżył mnie
o puszczanie na niego pawia! Cholera jasna.
- Przepraszam cię... za buty
oczywiście – wydukałam, wciąż bawiąc się w imitowanie pomidora. Cóż, każdy
powinien robić to, do czego jest stworzony, tak?
- Nic nie szkodzi, przecież to
nie jedyne, jakie mam – powiedział, znów zabierając się za swojego croissanta.
Ulżyło mi. Nie dość, że
wczorajszy wieczór był dość spokojny, to Junsu okazał się być raczej zabawnym,
miłym kolesiem. Nie wiedzieć czemu, miałam wrażenie, że będziemy się świetnie
dogadywać w przyszłości. Zwłaszcza, że on też mieszkał w Londynie.
- Kiedy wracasz do Anglii? –
zapytałam z czystej ciekawości. Nie miałam pojęcia, że jego odpowiedź tyle
zmieni w moim życiu.
- W przyszłym tygodniu, we wtorek
– znów odpowiedział z pełną buzią. To chyba był jego nawyk, no cóż. – A ty?
W głowie miałam tyle odpowiedzi,
że ciężko było mi którąś wybrać. Mogłam powiedzieć, że nie wiem, że w ogóle nie
wracam, że nie mam wyznaczonego terminu, że wcale nie chcę wracać (choć to
akurat byłoby perfidne kłamstwo). Tymczasem wybrałam opcje, o której
istnieniu jeszcze przed chwilą nie miałam pojęcia.
- Ja też – pokiwałam głową,
utwierdzając się w nowym przekonaniu. Nawet nie musiałam udawać zdziwionej, coś
w stylu: "nie wierzę, wracamy w ten sam dzień!" nie wchodziło w grę,
ja naprawdę byłam zaskoczona swoją decyzją.
To dobra decyzja, pomyślałam. Nie
mogę wszystkiego odkładać na kiedyś, bo w takim tempie stracę przyjaciół na
zawsze. Jednego, najważniejszego chyba już straciłam…
Już i tak nikt nie chciał ze mną
rozmawiać, co akurat było zrozumiałe. To, jak się zachowywałam przed wyjazdem…
Gdybym mogła, to sama przestałabym się ze sobą zadawać. A tutejsi znajomi… Cóż,
nie licząc Junsu, którego w sumie dopiero poznałam, to znalazłam sobie bardzo,
bardzo dziwnych towarzyszy. W dodatku, widocznie wcale im na mnie nie zależało,
bo zostawili mnie pijaną na imprezie, na pastwę losu. Z chłopakiem, którego
żadne z nich nie znało. Gorzej chyba nie mogłam trafić.
*
-… tak więc, gdyby nie ta głupia
impreza pożegnalna wszystko byłoby w porządku. A teraz Niall nienawidzi Luka,
Luke Nialla, Riven nie chce ze mną rozmawiać, nie mówiąc już o Ines i Harrym –
wyjaśniłam, opierając się wygodniej w fotelu.
- Jezu, jak mówiłaś, że twoja
historia jest pogmatwana, to nie sądziłem, że aż tak bardzo – zdziwił się
Junsu.
- Myślałeś, że żartuję? Zresztą,
mówiłam też, że nie musimy o tym rozmawiać, ale ty się uparłeś – wypomniałam
mu.
Prawie od razu zapięłam pasy, co
nie uszło uwadze Junsu. Zacisnęłam ręce w pięści, próbując oddychać
równomiernie. Bałam się latać. Właściwie „bać się” to za mało, kiedy tylko
wsiadałam do samolotu, ja dosłownie świrowałam ze strachu.
Podskoczyłam w miejscu, kiedy
usłyszałam dźwięk wiadomości przychodzącej. Drżącymi rękami wyjęłam telefon z
bagażu podręcznego. To, że byłam zaskoczona, to mało powiedziane - byłam pewna,
że skoro przez te kilka dni Lucy z Milesem w ogóle się nie odzywali, to
prawdopodobnie już tego nie zrobią (myślałam, że może mieli wyrzuty sumienia po
imprezie i w końcu mnie przeproszą - przeliczyłam się), tymczasem Lucy jak
gdyby nigdy nic wysłała mi swoją selfie w nowej fryzurze i z nowym kolczykiem w
uchu.
- Zapatrzona w siebie
egoistka bez skrupułów - rzucałam wyzwiskami pod jej adresem, kiedy Junsu
zerknął przez ramie na ekran telefonu. Wzruszył tylko ramionami, w
przeciwieństwie do mnie potrafił zachować spokój. Dawno nie byłam na nikogo tak
wściekła.
- Proszę o wyłączenie telefonów -
upomniała mnie stewardessa. Kiwnęłam głową.
Kiedy mój towarzysz wreszcie
usadowił się w miarę wygodnie (powiedział, że miejsce przy oknie wcale go
"nie jara" i z chęcią mi je odda, więc wypadło mu siedzenie przy
jakimś niezbyt pięknie pachnącym panu), wyciągnął rękę w moją stronę.
Spojrzałam na niego niepewnie. Nie chciałam, by w jakikolwiek sposób zmienił
swój stosunek co do mnie.
- Czysto przyjacielski gest –
wyjaśnił.
Wahałam się jeszcze przez chwilę,
jednak zdecydowałam się przyjąć ten czysto
przyjacielski gest. Już po chwili cieszyłam się, że wzięłam go za rękę.
Cóż, on pewnie miał na ten temat inne zdanie, bo ściskałam go z całej siły.
Mimo wszystko nie narzekał.
- Wszystko w porządku? – zapytał.
Wreszcie zdecydowałam się
otworzyć oczy. Byliśmy już w powietrzu. Wcale mi nie ulżyło, ale puściłam jego
rękę, żeby mógł ją sobie porządnie rozmasować.
- Słuchaj… - zaczął, wciąż trąc
rękę, by przywrócić jej życie. – Znajdziesz dla mnie czas, między załatwianiem
tych trudnych spraw, o których wcześniej mówiłaś? Polubiłem cię, nie chciałbym
stracić kontaktu na rzecz jakichś palantów, których nie wiedzieć czemu chcesz
odzyskać.
Jego pytanie było tak słodkie,
mina tak rozczulająca, że uśmiechnęłam się szeroko, na chwilę całkowicie
zapominając o tym, że znajduję się w samolocie.
*
Nim otworzyłam oczy, poczułam mocny zapach męskich perfum. Znałam
tylko jedną, bliską mi osobę, która ich używała. Myśl o Niallu wywołała szeroki
uśmiech na mojej twarzy niemal od razu. Nie widziałam go od tak dawna, że
momentami wydawało mi się, że oszaleję. Chwilę później delikatnie ucałował moje
usta, gładząc ręką policzek.
- Zostaniesz ze mną? - zapytałam, wciąż mocno zaciskając powieki.
Już nie pierwszy raz śnił mi się ten sam sen, w którym za każdym razem gdy
otwierałam oczy, Niall rozpływał się w powietrzu. Jak gdyby nigdy go tutaj nie
było. Mimo wszystko ciężko było zapanować nad pokusą, w końcu tak bardzo
chciałam go zobaczyć.
- Nie wiem, dlaczego w ogóle o to pytasz. Przecież to oczywiste -
powiedział z przekonaniem, po czym przyciągnął mnie do siebie i mocno
przytulił.
Nie wiedziałam, gdzie się znajdowaliśmy, bo za każdym razem lądowaliśmy
gdzie indziej. Nauczyłam się już nie zaprzątać sobie tym głowy, jeżeli chciałam
spędzić z Horanem trochę więcej czasu.
Och, tak bardzo chciałam go zobaczyć.
Nie wiem, skąd się o tym dowiedziałam, ale jak to bywa w snach, po
prostu dotarło do mnie gdzie jesteśmy. Miałam świadomość tego, że wokół nas
jest mnóstwo ludzi, a w tym jedna bardzo, bardzo nielubiana przeze mnie osoba,
która oczywiście zawsze musiała wtrącić swoje trzy grosze.
Staliśmy na ulicy, z minuty na minutę robiło się coraz ciemniej, przez
co błyski fleszy coraz bardziej mnie drażniły. Zaciskałam powieki najmocniej
jak potrafiłam, jakby to miało cokolwiek zmienić. Paparazzi nigdy nie
znikali... ot tak sobie. Uporczywie wykrzykiwali pytania w naszym kierunku.
Wtulałam się w Nialla coraz bardziej, przerażona całą sytuacją. Zazwyczaj w tym
momencie budziłam się, bo paparazzi nacierali na nas ze wszystkich stron,
równocześnie pozbawiając nas nie tylko prywatności, ale i cennego powietrza.
Tym razem jednak wciąż stałam pośrodku tłumu, chowając twarz w koszulę
Horana.
- Niall, podobno od dawna chodzisz z Demi!
- Niall, podobno Anya to tylko przykrywka, wyjaśnisz nam to?
- Czy to prawda, że...
Pytań było coraz więcej, a Niall nawet nie próbował na nie odpowiadać,
co mocno mnie zaniepokoiło. Czyżby zatruwający nasze życie faceci z aparatami
mieli rację? Gdyby nie mieli, chyba próbowałby zaprzeczyć? Chociaż raz...
Nie wytrzymałam. Spojrzałam w jego oczy, próbując odnaleźć w nich
prawdę. Przez kilka sekund po prostu się we mnie wpatrywał, trochę zdziwiony
zarzutem, jakie odczytał w moich tęczówkach. Nic nie mówił. Nie
zaprzeczał.
Ktoś położył rękę na moim ramieniu. Odwróciłam się trochę zaskoczona
całą sytuacją. Robiło się coraz dziwniej. Pomału miły sen zamieniał się w
koszmar. Kiedy zobaczyłam uśmiechniętą Demi, która najzwyczajniej w świecie
wybuchła śmiechem, poczułam narastającą wściekłość. Zacisnęłam dłonie w pięści,
zatrzymując cały gniew w sobie. Paparazzi wciąż robili zdjęcia, gdy z Lovato
mierzyłyśmy się wzrokiem.
Spojrzałam przez ramię, miałam nadzieję, że zobaczę tam Nialla, który
wciąż spokojnie wszystkiemu się przygląda. Wystarczyłoby mi to - wcale nie potrzebowałam
jego pomocy, chciałam tylko, żeby przy mnie był. Ale, jak mogłam się wcześniej
spodziewać, on zniknął.
Zostałam sama wśród denerwujących blasków fleszy, wrzeszczących
właścicieli urządzeń drażniących moje oczy i dziewczyną, która wykorzystała
moje nieszczęście i zabrała mi kogoś, kogo kochałam.
Demi przekrzywiła nieco głowę tak, że jej blond włosy nieco zasłaniały
jej twarz, co i tak nie przeszkodziło mi w dostrzeżeniu jej szyderczego
uśmiechu. Wzięła do ręki łańcuszek, który zdobił jej szyję i spojrzała na niego
z uczuciem. Później przeniosła wzrok z powrotem na mnie, chwaląc się swoją
zdobyczą. Nie musiała nic mówić - od razu zrozumiałam, że dostała go od Nialla.
W ułamku sekundy znalazła się przede mną. Nim zdążyłam zareagować, zerwała mój
naszyjnik, który dał mi jeszcze kiedy tylko się przyjaźniliśmy. Rzuciła go na
ziemię. Ciekawe czy zdawała sobie sprawę, że depcząc ten łańcuszek, równała z
ziemią wszystkie moje uczucia, zgniatała moje obolałe serce. A do tego wciąż szeroko
się uśmiechała.
*
- Hej, obudź się - Junsu
szturchnął mnie za ramię. - Za chwilę lądujemy, wstawaj - próbował dalej, kiedy
wciąż nie dawałam mu znaku życia. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co
powiedział.
Szybko sprawdziłam, czy aby na
pewno mam zapięte pasy. Niemalże wyrwałam z uszu słuchawki i wrzuciłam wszystko
jak leciało do torebki. Junsu w międzyczasie wyciągnął coś ze swojej torby.
Wręczył mi chusteczkę, nieśmiało się przy tym uśmiechając. Przez chwilę nie
rozumiałam, o co mu chodzi.
Kiedy kilka łez spłynęło wzdłuż
mojej szyi, dotarło do mnie, że płaczę.
- Wszystko w porządku? - zapytał,
chyba nieco zszokowany moim zachowaniem. Co się dziwić, ledwo mnie zna, a ja
już się przed nim rozklejam.
Kiwnęłam głową, wycierając
policzki. Co niby miałam mu powiedzieć? Że właśnie śniłam o moim byłym
chłopaku, którego wciąż cholernie kocham? Że on chyba umawia się teraz z
dziewczyną, którą całował, kiedy chodziliśmy? Nie potrafiłabym tego ot tak
powiedzieć nawet bliskiemu przyjacielowi, a co dopiero niedawno poznanej
osobie.
Na szczęście lądowanie nie było
tragiczne - moje uszy jak zwykle mocno na tym ucierpiały, ale przynajmniej
znajdowałam się już na bezpiecznym lądzie. Junsu cały czas był niesamowicie
opanowany, aż zaczęłam się zastanawiać, czy on kiedykolwiek traci fason.
Po odebraniu bagażu, usiedliśmy
na ławce przed lotniskiem. Pogoda nie była zła - jak zwykle cholernie wiało,
ale przynajmniej nie padało. Zapięłam kurtkę po samą szyję i trochę się skuliłam,
żeby było mi cieplej. Nie podziałało najlepiej, ale przynajmniej mentalnie
miałam pewność, że zrobiłam co w mojej mocy, żeby się nie przeziębić.
- Moja mama jest w pracy, więc
jakoś muszę sobie zorganizować powrót - zaśmiał się Junsu. Gołym okiem było
widać, jak bardzo cieszył się z powrotu do domu. - A co z tobą?
Wyciągnęłam telefon, żeby
wyłączyć tryb samolotowy. Kiedy wreszcie złapałam sieć, zawiodłam się
podwójnie. Po pierwsze - nikt ze znajomych nie zainteresował się moim powrotem,
choć na Twitterze jasno napisałam, o której będę. Po drugie - wiadomość od mamy
brzmiała mniej więcej tak: "nie przyjadę, bo korki są za duże". Choć
oczywiście ubrała to wszystko w tak piękne słowa... pewnie sądziła, że w ogóle nie
będę jej miała tego za złe.
- Ja też - rzuciłam, po czym
westchnęłam przeciągle.
Naprawdę narobiłam sobie bałaganu
w życiu.
- Łapiemy taksówkę?
Pokiwałam głową na znak zgody. Co
innego mogłam zrobić?
*
P.O.V. Louis
- Dobra chłopaki, to jeszcze raz
od początku i jesteście wolni - poinformował nas choreograf, widocznie
zadowolony z dzisiejszej pracy. Nic dziwnego - pierwszy raz od dawna naprawdę
się do tego przyłożyliśmy, bez wygłupów, bez marudzenia. Jakoś dzisiejszego
dnia nikt nie miał humoru do żartów. Nie wiedziałem, czy to przez pogodę, czy
to po ostatnich wydarzeniach wszystko tak diametralnie się zmieniło. Jeżeli to
przez tę drugą opcję, to mogłem mieć tylko nadzieję, że wszystko jeszcze się
ułoży. Do tej pory szybko się układało, może i tym razem nie będzie gorzej.
- Louis? - Harry podszedł do mnie
szybkim krokiem, cały czas wpatrując się w zegarek. - Jest piętnasta, Anya powinna
być już w Londynie, mówiłeś, że chcesz po nią jechać - przypomniał mi.
Rzuciłem się w stronę kupki
porozwalanych rzeczy w kącie pokoju i klnąc pod nosem jak szewc, wygrzebałem
telefon. Nie miałem żadnej wiadomości od Anyi - w sumie sam nie wiedziałem, czy
jakiejś się spodziewałem. Ans chyba wciąż żyła w przekonaniu, że wszyscy
jesteśmy na nią wściekli, co oczywiście było nieprawdą. Może dlatego nawet do
mnie osobiście nie zadzwoniła, żeby powiedzieć kiedy wraca. Nie powiem, trochę
mnie to zabolało, bo zazwyczaj naprawdę dużo rozmawialiśmy, kiedy ja byłem w
trasie, bądź ona za granicą. A tym razem... cisza. Wszystkiego dowiadywałem się
z Twittera. Dość nietypowo, ale lepsze to, niż kompletny brak znaku życia.
Niemal podskoczyłem w miejscu,
gdy telefon niespodziewanie zaczął dzwonić, wyrywając mnie z zamyślenia. Już
miałem odrzucić połączenie i zadzwonić do siostry, ale... coś jakby
podpowiedziało mi, że powinienem odebrać. W końcu dzwoniła mama, a ona
najczęściej miała powód, inaczej czekała na telefon ode mnie.
- Cześć mamo, słuchaj, ja
oddzwonię później, bo jadę zaraz po Anyę i...
- Anya miała wypadek -
zaszlochała do słuchawki.
Nogi się pode mną ugięły, kiedy
dotarły do mnie jej słowa.
- Co... - chwila ciszy. Cichy
szloch mamy sprawił, że w moich oczach automatycznie pojawiły się łzy.
Przełknąłem ślinę, zastanawiając się, co teraz. Gdybym od razu po nią
pojechał... czy byłoby inaczej? - Wiesz... wiesz coś więcej? - zapytałem.
Czułem, że pomału tracę głos. Na takie wieści nie byłem przygotowany.
- Nie, dopiero... przyjechałam,
Any... jest na badaniach, jeszcze nic mi nie... nie powiedzieli - powiedziała
drżącym głosem, trochę niewyraźnie. W wyobraźni widziałem, jak cała trzęsie się
ze zdenerwowania, przykładając dłoń do ust, żeby powstrzymać szlochanie. -
Ojciec już jedzie.
- Zaraz tam będę, powiedz, w
którym szpitalu jesteście - rzuciłem, próbując zachować spokój.
- Co? Jakim szpitalu? - zapytał
Harry, w mgnieniu oka stając u mojego boku.
- Louis, co się dzieje? - zaraz
za nim przybiegł Niall, wyczekując najgorszych wieści.
- Anya... - Niall zamarł w
miejscu, słysząc jej imię. Zastanawiałem się przez chwilę, czy aby na pewno
dobrze zrobię, przekazując mu informacje. - Miała wypadek.
~*~

#NU_ff
Gif credit to owner.
Nie posiadam żadnych praw do któregokolwiek z użytych utworów muzycznych. Prawa te posiadają odpowiedni artyści oraz wytwórnie muzyczne
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!