6 września 2012

Rozdział XI: Czas przemija, życie razem z nim

Anya
Naprawdę cieszyłam się z faktu, że wszystko wreszcie wracało do normy. Chociaż, z czystym sumieniem mogłabym powiedzieć, że właśnie stawało się na nowo nienormalne, bo w tym domu chyba nikt nie zachowywał się jak całkowicie zdrowy na umyśle człowiek. Omijając zgrabnie fakt, że do Harry'ego nie odzywałam się ani słowem, to atmosfera między resztą z dnia na dzień rzedła, aż w końcu stała się idealnie przejrzysta. Chłopcy starali się na każdym kroku załagodzić tę dziwną sytuację, co szło im całkiem dobrze, zważywszy na efekty. Przestałam się przejmować Harrym, przeszłam na etap traktowania go jak powietrze. Zaczęłam natomiast przygotowania do piątkowego obiadu z rodzicami. Starałam się tym samym odciągnąć myśli od Nialla i absurdalnego pomysłu o naszej "wielkiej, ukrywanej miłości". Śmiać mi się chciało na samo wspomnienie o rozmowie z Marisol. Przez głowę przeleciała mi nawet myśl, że może nie pamiętałam, że wcześniej coś piłam, jednakże wolałam zrzucić to na szok po rozstaniu i ogólnie towarzyszący mi ostatnio stres.
To, że nauczyłam się ignorować Stylesa, nie znaczyło jednak, że czułam się lepiej. Byłam podłamana jego zdradą. Co z kolei dziwiło mnie na każdym kroku. Zachowywałam się równie impulsywnie, co on, co doprowadziło do niemałej tragedii w naszej "szalonej rodzinie". Znałam go dopiero tydzień, kiedy zaprosił mnie na randkę. Znałam go tylko dwa dni dłużej, kiedy pierwszy raz nazwał nas "oficjalną parą", nie pytając uprzednio o moje zdanie. Nie sprzeczałam się z nim, wydawało mi się to zbyt bezsensowne i... kompletnie nieważne. Mogłam go powstrzymać, mogliśmy przystopować. Może z wielką miłością się nie czeka, ale tylko na filmach. Widocznie w prawdziwym życiu potrzebowałam trochę więcej czasu na obmyślenie całej sytuacji oraz na poznanie "partnera". Mogłam oficjalnie wykrzyczeć światu, że mój pierwszy związek był porażką. Byliśmy na trzech randkach, a po tak krótkim czasie "chodzenia", zdradził mnie chwilę przed zerwaniem.
Zastanawiało mnie tylko jedno... skoro nic między nami nie było, to dlaczego tak zabolało, kiedy zobaczyłam go z tamtą blondynką?
Może gdzieś w środku, w głębi serca go kochałam?
Zaśmiałam się pod nosem na samą myśl. To raczej zraniona duma bolała bardziej, niż serce. Zdawało mu się, że może iść na całość z pierwszą lepszą, bo między nami nic nie było? Hola, hola! To tak nie działało. Mógłby się wstrzymać chociaż do momentu zerwania. Później nie miałabym mu tego za złe. Nie byłby moim chłopakiem, więc nic by mnie to nie obchodziło. W takim wypadku ruszyłabym dalej, nie zastanawiając się nad jego poczynaniami. Ale teraz? Sądził, że może sobie ze mną pograć? Pójść do łóżka z inną, bo mnie nie kochał i miał mnie gdzieś? Chyba sam się nie dziwił dlaczego straciłam do niego respekt, straciłam zaufanie.
Westchnęłam cicho, próbując wrócić do rzeczywistości. Żeby przestać denerwować się sytuacją z loczkiem, przeniosłam swoje myśli na inny tor.
Każdy z mieszkańców tego sporego domu miał inny charakter. Nie sposób więc było pogodzić ich ze sobą w określonych sytuacjach. Wszyscy mieliśmy swoje małe, własne dziwactwa, których reszta musiała ściśle przestrzegać. Inaczej zaczynał się robić harmider, nad którym oczywiście ja musiałam panować. A większość wysiłku i tak szła na marne. Niestety nie każdemu można było dogodzić. Przykład: wszyscy dobrze wiemy, że Liam nie lubi łyżek. Nie lubi i kropka, amen, słowa nie do podważenia. Szkoda tylko, że niektóre sytuacje wymagają specjalnych środków.
- No proszę cię, Liam, błagam. W ten piątek przychodzą moi rodzice. Zrób to dla mnie, użyj ten cholernej łyżki – jęknęłam, kiedy po raz kolejny pojawił się w kuchni po szklankę soku. Zdążyłam go już nawet błagać na kolanach. - Musimy pokazać się z jak najnormalniejszej strony, chyba że nie chcecie mnie już więcej tutaj widzieć. Chociaż mama wyraziła zgodę na wasze zamieszkanie w naszym domu, wciąż jest przeciwna bym ja zostawała tutaj razem z wami. Trzeba więc pokazać jej jacy wszyscy jesteśmy zgrani. Wiesz lojalność, jedność i te sprawy.
- I co to ma wspólnego z łyżkami? Jeżeli jej nie użyję, to przecież nie będzie oznaczać, że w tym domu nie ma jedności – zdziwił się Payne. - Od kiedy to w ogóle łyżka jest symbolem jedności? - prychnął.
- Od teraz – burknęłam.
Podeszłam do blatu. W środku znajdowały się wszelkie łyżki, jakie trzymaliśmy w domu. Nikt ich u nas nie używał od czasu wielkiego łyżkowego zakładu, który o dziwo przegraliśmy. W sumie za bardzo nam to nie przeszkadzało. Było całkiem zabawnie. Babrać się widelcem w lodach albo mieszać nożem herbatę? Nie widzieliśmy w tym najmniejszego problemu. Ale wiedziałam, że moja mama od razu się do tego przyczepi. Ten typ już tak miał, że każde najmniejsze dziwactwo zostawało od razu podniesione do rangi przestępstwa czy coś w tym guście.
Wyjęłam z szafki siedem łyżek i położyłam elegancko na blacie. Zaczęłam pucować je ściereczką, kątem okaz zerkając na Liama, który dokładnie badał mnie wzrokiem. Bał się chyba, że zacznę nimi w niego rzucać, żeby się wreszcie oswoił.
- Nie będę cię do tego zmuszać, nie martw się – powiedziałam. Liam odetchnął z ulgą. - Tylko w takim razie mógłbyś po prostu przyjść na obiad trochę później? Rodzice przychodzą na czternastą, powiem im, że się spóźnisz i przyjdziesz na drugie danie.
- Idealne rozwiązanie. - Uśmiechnął się. - Tylko... to jest w  ten piątek?
- Tak. Pytasz, ponieważ... - zaczęłam zdziwiona.
- Umówiłem się z Danielle. - Delikatny grymas zagościł na jego lekko opalonej twarzy. Było po nim widać, że bardzo mocno się na czymś skupia. Zacisnął usta w wąską linię i zmarszczył brwi. Jego czekoladowe oczy wpatrzone był w jeden punkt na podłodze.
- Nie możecie tego odwołać, proszę? Albo wyjdziecie trochę później... To dla mnie wiele znaczy. Chciałam, żeby mogli poznać was wszystkich. Danielle również – rzuciłam. Zależało mi, by było nas dużo tego dnia przy stole. Wolałam uniknąć dziwnych pytań ojca i krytycznych spojrzeń matki przy obiedzie. Może gdybyśmy nie byli w tak nielicznej grupie, zachowywaliby się... inaczej?
Liam pokiwał głową, przetarł ciemne, idealnie proste włosy dłonią i skierował się do drzwi. Przystanął jednak w progu, odwrócił się na pięcie i zlustrował mnie wzrokiem. Wyglądał, jakby oceniał na ile procent potrafi mi zaufać. I czy w ogóle może. Zachęciłam go skromnym uśmiechem.
- Mogę o czymś z tobą porozmawiać? - Zerknął na mnie wciąż nieufnie. - Obiecasz, że to zostanie tylko między nami?
- Liam, czy wygadałam się o jakiejkolwiek twojej, powierzonej mi wcześniej, tajemnicy? A było ich sporo, jak na przykład ta, że zjadłeś Niallowi paczkę chipsów, które ukrył w waszym pokoju. Albo to, jak przeczytałeś kilka dziwnych SMS-ów na komórce Danielle, kiedy zostawiła ją na ławie. Albo to, że... - Zatrzymał mój słowotok gestem dłoni. Usiadł naprzeciw mnie, przy stole kuchennym. Pokiwał głową i zamilkł. Przez dłuższą chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. Nie było to zwykłe milczenie, a była to cisza, którą wręcz bałam się przerwać, chociażbym chrząknięciem.
- Jak myślisz... co by powiedziała Danielle, gdybym się jej oświadczył? - wypalił na jednym tchu.
Spojrzałam na niego zszokowana. Sądziłam, że powie coś mniej... poważnego. Zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią. Nie chciałam palnąć niczego głupiego i zrujnować mu tym samym marzenia.
- A jesteś pewny, że to odpowiedni czas? Przecież... masz dopiero dziewiętnaście lat. Jesteście młodzi.
- Może i mam dziewiętnaście, ale Dan ma już dwadzieścia cztery. Nie, żebym mówił, że jest stara - poprawił się nagle, unosząc ręce w geście obronnym. - Po prostu boję się, że uzna mnie w końcu za dzieciaka, z którym woli nie wiązać swojej przyszłości.
- Danielle cię kocha, głupku! A ty nie możesz się jej oświadczyć tylko dlatego, że boisz się, że ją stracisz. Wiek to tylko liczba, a jeżeli jej naprawdę na tobie zależy, to nie odejdzie, chociażbyś czekał z tym do trzydziestki. Nieważne czy jej czy twojej - dodałam trochę bezmyślnie, czym wywołałam pobłażliwy uśmiech na jego twarzy.
- Zależy mi na niej i kocham ją najbardziej na świecie. Ale nie chcę schrzanić tego, co już mamy. Przypuśćmy, że na prawdę to zrobię... Wyobrażasz sobie co by było, gdyby powiedziała "nie"? Żadne z nas nie traktowałoby siebie nawzajem tak... jak dawniej. - Zamyślił się.
- Może... uh, uważam, że powinieneś wszystko bardzo dokładnie przemyśleć. Nie możesz się na to tak bezmyślnie porwać, bo później nie będziesz mógł ot tak tego cofnąć.

*
Marisol
Mogę śmiało powiedzieć, iż kilka ostatnich dni, to najlepszy czas w moim dotychczasowym życiu. Najlepszy, bo spędzony w towarzystwie mojej mamy. Wciąż ciężko było uwierzyć, że odnowiłyśmy kontakt tak szybko. Ba! Nasz kontakt był lepszy, niż kiedykolwiek!
Gruba recepcjonistka w białym, obcisłym stroju, na osobności oznajmiła mi, że odkąd zaczęłam przesiadywać z mamą, jej stan zdrowia mocno się ustabilizował. Cieszyłam się, że mogłam jej pomóc, tym samym w głębi duszy dziękowałam jej, że ona również tak pozytywnie działała na mnie.
Od kilku godzin wałkowałyśmy temat wychowywania dzieci na porządnych ludzi, gdy przerwały nam w końcu dźwięki mojej komórki. Zdegustowana rzucałam w myślach obelgami w kierunku tego, kto śmiał zakłócić nasz spokój. Nie spoglądając na wyświetlacz, odrzuciłam połączenie.
Ktokolwiek to był – mógł zaczekać.
Wróciłyśmy do rozmowy, gdy telefon ponownie dał o sobie znać.
Pali się, czy co?, warknęłam cicho do siebie.
Wokół nas rozległy się pierwsze dźwięki Every teadrop is a waterfall. Od niechcenia zerknęłam na nadawcę połączenia. Tata dzwoni – ukazało się na wyświetlaczu. On na pewno nie dzwonił w błahej sprawie. Jak najszybciej odebrałam aparat. Bez zbędnych wyjaśnień ojciec wyrzucił z siebie to, co miał mi do zakomunikowania:
- Aria miała wypadek. Jest w szpitalu, jej stan jest ciężki – powiedział z nutką strachu w głosie. Zapewne starał się nad nim zapanować, jednak bezskutecznie.
Od razu pomyślałam o mamie. Bałam się jej reakcji, gdy dowie się o wypadku własnej siostry. Przez myśl przeszło mi, by skłamać. Wolałam jednak nie zatajać przed nią takich informacji. Z doświadczenia wiedziałam, jak źle się to kończy. Zastanawiałam się jednak nie tylko jak zareaguje Troian, ale myślałam również o jej alter-ego. Mówiono mi, że stan mamy poprawił się, a kobieta prawie zniknęła z jej życia, ale przestrzegano również, że nigdy nic nie wiadomo i lepiej mieć się na baczności.
- Co się stało? Kto dzwoni? - dopytywała się mama. Rozchyliłam lekko usta w zakłopotaniu.
- Powiedz jej. – Usłyszałam głos ojca po drugiej stronie linii. - Powinna wiedzieć, bez względu na wszystko.
- Będę tam niedługo. Powiedz mi, w którym konkretnie szpitalu jesteście – powiedziałam. Aż dziwne, że nie plątał mi się język. Tata westchnął ciężko.
- Zostań z mamą. Będę ci przekazywał kluczowe informacje na bieżąco – rzucił i zakończył połączenie, nim zdążyłam zaprzeczyć.
Nie lubiłam Arii, ale bałam się o ojca. Chciałam być z nim, wspierać go nie tylko duchowo, ale swoją obecnością. Z drugiej strony, on miał rację. Nie mogłam teraz zostawić mamy, zwłaszcza po tym, co miałam jej przekazać.
- Denerwujesz się, o co chodzi? – szepnęła.
Spojrzałam w jej oczy koloru ciemnej czekolady. Przez to, że pobladła ze zmartwienia i innych negatywnych emocji, sińce pod oczami były jeszcze bardziej widoczne. Blond loki okalały jej chudą, ale z kształtu lekko okrągłą twarz. Byłam jej odzwierciedleniem nie tylko pod względem wyglądu, a również charakteru. Nienawidziłam czekać, za szybko się frustrowałam, nie lubiłam, gdy ktoś zatajał przede mną fakty, bo odbierałam to jako kłamstwo. Dlatego postanowiłam, że nie mogę teraz stracić jej zaufania.
Westchnęłam cicho.
- Aria jest w szpitalu. Podobno jej stan jest ciężki – powiedziałam, łapiąc ją za równie chudą dłoń. Zastanawiałam się, co mogła sobie myśleć w takim momencie.
Może i nie miała już z Arią tak dobrego kontaktu, co kiedyś. Jednak z tego, co opowiadała, wynikało, że była od zawsze niesamowicie w nią wpatrzona. Chciała wyglądać jak ona, mieć dokładnie ten sam styl bycia. Ponoć Arię wszyscy uwielbiali. Ponoć gdzie się nie pojawiła, dookoła otaczało ją grono adoratorów oraz przyjaciół. Mama kochała siostrę, pomimo tego, że dla tamtej była czymś w rodzaju popychadła.
Po policzku Troian spłynęła pierwsza łza.
- Co się stało? - zapytała słabym głosem. Ciężko jej było wydobyć z siebie choć jedno słowo. Zauważyłam, że trzęsą jej się ręce, a oddech stał się bardziej płytki i nierówny.
- Miała wypadek. Przykro mi, mamo – wyrecytowałam, przytulając kobietę.
Czy naprawdę było mi przykro? Czy czułam jakikolwiek smutek? Jakiekolwiek współczucie? Aria była kobietą, której nienawidziłam odkąd pamiętam. To ona bez wahania i bez skrupułów rzucała mi obelgi w twarz. Kiedy jeszcze chodziłam ze Stanley'em, zdarzyło mi się raz spóźnić o niecałą godzinę. Warknęła, że jestem ździrą i kazała mi siedzieć w pokoju. Według niej byłam "bezwartościowa, zupełnie jak jej siostra". Jeżeli tak mówiła kiedyś do mojej mamy, to na pewno nie tęskniłabym za Arią, gdyby odeszła na drugi świat. Mojej mamy nikt nie miał prawa obrażać. Nigdy.
- Twój ojciec? Jak on się czuje? - zapytała, wyrywając się ze stanu odrętwienia, w którym tkwiła jeszcze kilka sekund temu.
- Pomimo tego, że ostatnio cały czas się sprzeczali, bardzo się przejął. W końcu są razem od kilku lat. - Z zaciekawieniem zerknęłam na matkę. W mojej głowie pojawiło się pytanie, które nie sposób było zignorować. - Mamo... dlaczego na to pozwoliłaś? Dlaczego podsunęłaś Arii ten głupi pomysł?
- To jest dużo bardziej skomplikowane, niż ci się wydaje. - Kobieta zwiesiła głowę.
- Zapewne. Może wreszcie mi to wyjaśnisz? - szepnęłam, odwracając wzrok. W pewnym sensie cieszyłam się, że nie jest w stanie zobaczyć zakłopotania na mojej twarzy.
Wcześniej brakowało mi odwagi, by wyrzucić z siebie to pytanie. Wydawało mi się, że to mogą być dla nas obu zbyt bolesne wspomnienia. W końcu wciąż pamiętałam ten dzień, w którym zabrano mi matkę i to, co później działo się w naszym domu. Albo raczej w zwykłym budynku, w którym mieszkaliśmy. Ponieważ dla mnie to już nigdy nie był ten dom, który chciałam zapamiętać. Ani miejsce, w którym zawsze czekała na mnie kochająca rodzina. Znikąd pojawiła się Aria ze swoim sztucznym uśmiechem i fałszywą osobowością, próbująca pocieszyć ojca i mnie.
Gdzieś w głębi duszy przeczuwałam, że to był pomysł matki, że to ona chciała, by jej niesamowita starsza siostra miała nas na oku, by nas pilnowała i nie dała się nam załamać i zadręczać całą sytuacją. Kobieta oczywiście widziała w tym dużo więcej korzyści, w końcu mając dostęp do serca ojca, miała również dostęp do jego majątku. On dał się nabrać, ale ja nie. A szkoda. Może gdybym udawała, że Aria jest dla mnie kimś ważnym, nie doszłoby do tych wszystkich kłótni w ciągu ostatnich lat. Może byłoby inaczej.
Tylko po co ukrywać uczucia?
Co prawda rozstałyśmy się w gniewie i gdyby teraz stało się jej coś okropnego... czułabym się winna. Choć zawsze byłam dla niej oschła i obojętna na jej groźby i rozkazy, nigdy nie chciałam, by ojciec wyrzucił ją z domu. Ale stało się.
Był na nią tak wściekły, że kazał jej zniknąć na czas nieokreślony. Nie chciał jej słuchać. Ba, nie chciał nawet na nią patrzeć. Nagle stała się dla niego zupełnie obcą kobietą, która bajerowała go przez kilka ostatnich lat swoim fałszywym uśmiechem. Przejrzał na oczy. Wydawało mi się, że może... w pewnym sensie... może to przez moją matkę. W końcu to, że wciąż tęsknił, potajemnie wciąż kochał Troian i chciał jej powrotu było widać aż na kilometr. Zwłaszcza, że teraz na prawdę miał na co liczyć. Recepcjonistka powiedziała, że istnieje duża szansa na wypuszczenie Troian ze szpitala w najbliższych miesiącach.
Nic nie mogło zmienić faktu, że mój ojciec wciąż ją kochał. Prawdziwa miłość, która przetrwa wszystko najwidoczniej istnieje.  Może i istnieje, ale nie mam zamiaru dopuścić jej do siebie aż tak blisko, pomyślałam szybko. Co za szkoda, że dał to durne słowo mojej mamie, że nie będzie się więcej wtrącał do jej życia. Miał się z nią nie widywać i dać jej spokój na czas leczenia. Dał jej wolność, bo ją kochał.
Troian potrzebowała spokoju, a w ich związku nigdy spokojnie nie było. Ileż to razy ojciec spał na kanapie w salonie po wielkiej kłótni... Tak – obydwoje mieli zbyt burzliwe charaktery.
- Musiałaś mieć jakiś kobiecy wzór w swoim życiu. Chciałam, by twoja ciocia była blisko ciebie, więc zaproponowałam jej pokój w naszym domu – powiedziała spokojnie. Kąciki moich ust uniosły się lekko ku górze, gdy wyłapałam słowa „nasz dom”, by sekundę później znów opaść i nie ukazywać już więcej uczuć. Taki nawyk po wszystkich latach spędzonych w tym wariatkowie z Arią na czele – tam nigdy nie pokazywałam swoich uczuć. To była zasada numer jeden. Może nawet dwa i trzy.
- Ładny przykład wybrałaś – szepnęłam sarkastycznie.
- Moja siostra zawsze była dla mnie przykładem. Miałam nadzieję, że...
- Myliłaś się – wpadłam jej w zdanie – Aria nigdy nie zastąpiła mi ciebie. Naprawdę sądziłaś, że jakaś tam kobieta, może zastąpić matkę?
- Nie miała mnie zastąpić - broniła się. - Jej zadaniem było pomóc wam pogodzić się z prawdą. Od dziecka miałam problemy, o których dobrze wiedziała i starała się razem ze mną z nimi uporać. Obie miałyśmy głęboką nadzieję, że wszystko się ułoży. Niestety, bez odpowiedniego leczenia i nadzoru się nie obeszło, jak widzisz. – Pokręciła głową. W jej głosie górował smutek, ale była również jakaś nuta żalu i usprawiedliwienia.
Wiedziałam, że było jej ciężko, bo komu by nie było? Z powodu problemów psychicznych musiała opuścić dom, rodzinę, przyjaciół... wszystko co miała, zostawiła za sobą, bo - podobno - stanowiła zagrożenie dla siebie i dla otoczenia.
- Mamo, wiesz, że nie przestaliśmy cię kochać, prawda? - pytanie wyrwało się, nim zdążyłam dokładnie przemyśleć dalszy ciąg rozmowy. Może to i lepiej, czasem szczere wyznania są warte więcej od idealnie dobranych argumentów. - Wiesz, że wciąż kochamy i nie przestaliśmy modlić się o twoje zdrowie? - kontynuowałam. Chciałam, by wreszcie poczuła się dobrze, bezpiecznie. By wiedziała, że o niej pamiętaliśmy, choć nie było jej obok. - Cały czas, przez te cholerne kilka lat, czekaliśmy na jakiś znak, że może już jest lepiej. Marzyłam, że pewnego zwyczajnego ranka wejdę do kuchni i nie zastanę tam tej czarnowłosej kobiety, tylko ciebie z kubkiem gorącej kawy, jak niegdyś. Miałam nadzieję, że powitasz mnie promiennym uśmiechem i szepniesz, że wszystko jest dobrze i nie ma się o co więcej martwić – mówiłam cicho. Wierzyłam, że słów prosto z serca nie trzeba mówić głośno, ponieważ są tak prawdziwe, iż dotrą do każdego w odpowiednim czasie, z odpowiednią siłą.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałam to zrobić. Wrócić do domu. Marzyło mi się, że wciąż na mnie czekacie z tym kubkiem świeżej kawy i śmiejecie się w głos, opowiadając sobie zabawne wspomnienia z poprzednich lat. Wtedy docierała do mnie rzeczywistość. Nie mogłam otworzyć oczu i spojrzeć na to z jasnej strony. Wiesz, ciężko jest ujrzeć jasną stronę, gdy wszystko dookoła zasypuje się czernią. Nie byłam do końca przekonana czy twój ojciec w ogóle o mnie pamięta. Miał zapomnieć. – Spuściła głowę. - Obiecał mi, że nie będzie się mną przejmował i że będzie żył normalnie. Tak normalnie, jak tylko się da. Ale wiesz... ja nie zapomniałam. Wszystko do tej pory robiłam dla was. – Uśmiechnęła się lekko, kładąc rękę na mojej dłoni.
Po raz kolejny rozdzwonił się telefon. Wciąż zszokowana i lekko zdenerwowana nacisnęłam delikatnie zieloną słuchawkę. Bałam się, co usłyszę. Ojciec oddzwonił bardzo szybko, co znaczyło, że albo to był fałszywy alarm, albo...
- Co z nią? - zapytałam bez zbędnych słów.
- Ona... - odchrząknął, by nie łamał mu się głos - odeszła – powiedział ze smutkiem. - Aria nie żyje. - Nie mógł wydusić z siebie nic więcej, wiedziałam o tym. Dlatego po kilku chwilach milczenia z obu stron, rozłączył się.
Spojrzałam na matkę. Zdawałoby się, że wiedziała, co się stało, nie musiałam jej tego przekazywać. Obie schowałyśmy twarze w dłoniach; nie odezwałam się ani słowem. Porozumiewałyśmy się bez nich. Sądziłam, że milczenie to najlepszy sposób na uczczenie życia tej młodej kobiety. Chodź nie darzyłam ją sympatią, zrobiło mi się przykro, że ktoś, kto mógł dożyć starości, musiał odejść tak szybko.
Cóż więcej mówić. Czas mija, a życie razem z nim.

*
Niall
Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Jego wskazówki zgrabnie przesunęły się o kolejną minutę, informując mnie, że właśnie wybiła dziesiąta rano. Znudzony siedziałem z gitarą na kolanach oraz notesem przed sobą. Zazwyczaj nie mając co robić, spisywałem wszelakie uczucia, problemy, marzenia i historie, których byłem świadkiem. Zazwyczaj, ale nie tego dnia. W głowie miałem kompletną pustkę, jakby ktoś wyczyścił moje wcześniejsze pomysły odkurzaczem. Spoglądając przez okno, gryzłem z bezradności ołówek.
Kołatało się w niej tylko jedno zdanie: Czy to już był koniec?
Koniec, ale koniec czego? Miłości do dziewczyny moich snów i marzeń? Dlaczego w ogóle o tym pomyślałem? Sugerowałem sobie raczej, że był to dopiero początek. Trzymałem się tego, co niegdyś zdążyłem sobie ustalić: co by się nie działo, będę starał się do niej dotrzeć; zdobyć jej szacunek i uznanie. Z natury byłem marzycielem, dlatego nie dziwił mnie fakt, iż wciąż mogłem sobie wpajać, że kiedyś, pewnego pięknego dnia, zdobędę jej miłość.
Nikt inny w moim życiu nie liczył się tak bardzo, jak ona. Do tej pory ludzie pojawiali się w nim równie szybko, co znikali. A ja nigdy dotąd nie próbowałem ich nawet zatrzymać. Gdy ktoś postanawiał zostawić mnie za sobą i iść dalej, nie oglądając się na to, co było, wydawało mi się, że nie jest wart smutku czy żalu. Skoro chciał odejść, znaczyło to tylko, że nigdy nie był wart zachodu. Wiedziałem jednak od początku, że Anya jest wyjątkowa, że zrobiłbym wszystko, żeby sprawić, by została w moim świecie do końca. Nie wahałbym się, by stanąć na jej drodze i przypomnieć o swoim istnieniu w razie potrzeby.
Miłość od pierwszego wejrzenia. Tak, to zapewne tylko w ten sposób można było określić.
Czy zdążyłem już oszaleć z miłości do niej?
Zapewne nie.
Oszalałbym, gdyby nagle zdecydowała się odejść. Oszalałbym, gdyby pozostawiła mnie samemu sobie. Gdyby odwróciła się ode mnie i po prostu zapomniała. Ale teraz? Zdążyłem dać się jej pochłonąć. Całym sobą czułem tę miłość i nigdy, nikomu innemu bym jej nie oddał.
Choć uczucia do Anyi często mnie raniły, nie zrezygnowałbym z nich. W końcu zdarzały się te cudowne chwile zapomnienia, w których liczyła się tylko i wyłącznie ona. Takowe chwile wciąż się zdarzają i miałem cichą nadzieję, że wciąż będą się zdarzać. Przykładem był chociażby ten moment, kiedy trzymałem ją w ramionach podczas burzy. Miałem ochotę zostać tam z nią na wieki. I zostałbym, gdyby nie praca i obowiązki.
Co teraz? Zdążyłem zapytać o to siebie samego z milion razy. Teraz, gdy Harry usunął się z drogi. Teraz, gdy Anya zdecydowała, że lepiej jej bez niego. Czy droga do jej serca była wolna? Czy coś jeszcze stało na przeszkodzie?
Obiecałem sobie, że dopóki mój przyjaciel będzie ją uszczęśliwiał - ja nie będę się wtrącać. Jednak w momencie, w którym ją zdradził, zranił i ostatecznie wyprowadził się z jej serca wraz z wszelkimi uczuciami, które do niej żywił - postanowiłem wkroczyć do akcji. Mając głęboką nadzieję, że Harry nie poczuje do mnie urazy. W końcu widział, co się dzieje. Właściwie wiedział od samego początku, jak mocno mnie trafiła ta strzała, skażona miłością. Ale cóż poradzić... zakochałem się w niej, gdy po raz pierwszy ją ujrzałem. Dużo wcześniej niż mój konkurent. Szkoda, że on działał szybciej. Za długo zwlekałem, przez co on bardziej się do niej zbliżył. Uzyskał szansę.
Czy ja uzyskam swoją?
Miałem taką nadzieję. Czego jeszcze mogłem się bać? Nie zapominając oczywiście o nadopiekuńczym Louisie. Sprzeciwiał się związkowi Stylesa z jego siostrą, czemu się wcale nie dziwiłem. Ale gdzieś głęboko w sercu miałem wrażenie, że jeżeli wyznałbym miłość Anyi - Lou odpuściłby. Wtedy pozostałby ostatni, największy problem...
Strach przed odrzuceniem
Co, jeżeli Anya nie żywiła takich uczuć względem mnie? Co, jeżeli jej serce było zajęte? Nawet gdyby nie było, wciąż istniała szansa, że zwyczajnie nie patrzyła na mnie w taki sam sposób, w jaki ja patrzyłem na nią. Tylko to tak na prawdę powstrzymywało mnie przed otworzeniem przed nią mojego serca. Póki co byłem określany mianem najlepszego przyjaciela. Musiałem liczyć się z tym, że prawdopodobnie nic więcej z tego nie stworzę.
Wyobrażałem sobie tę sytuację milion razy. Jeżeli myślałem bardziej pesymistycznie - niemalże widziałem jej twarz, na której nie było już tego szczerego uśmiechu. Zastępował go grymas. Mieszane emocje kłębiły się wokół nas: zdziwienie, oburzenie, zniesmaczenie, może nawet pewnego stopnia nienawiść? Jednak gdy myślałem bardziej optymistycznie, widziałem szeroki uśmiech na jej twarzy. Szeptała cicho: "Dlaczego tyle to trwało? Nie widzisz jak bardzo mi na tobie zależy?". Wtedy wszystko kończyło się happy endem.
Czy nasza bajka zakończy się happy endem?
Liam wiele razy powtarzał mi, że nie jestem tchórzem, nie jestem słaby i powinienem wziąć sprawy we własne ręce. W końcu jesteś facetem - tak brzmiały jego słowa, gdy próbował mi wskazać najlepsze wyjście i dodać otuchy. Wierzył we mnie bardziej, niż ja sam, co dziwiło mnie na każdym kroku. Pokładał we mnie nadzieję, że w końcu otworzę się przed całym moim światem. Otworzę się przed Anyą.
Zupełnie niespodziewanie, niczym grom z jasnego nieba przyszedł pomysł na kolejną piosenkę. A raczej na zakończenie niedawno spisanej na skrawku papieru piosenki, którą zadedykowałem oczywiście jej... Anyi.

*
Harry
Od kilkunastu godzin niebezpiecznie balansowałem na krawędzi klifu. Przynajmniej tak się czułem, bo myśli nie dawały mi spokoju. Wypadłem z równowagi psychicznej, którą do tej pory, o dziwo, udawało mi się zachowywać. Kilkakrotnie zdarzało mi się zastanowić, czy może ból fizyczny nieco zagłuszyłby to, co działo się w moim sercu. Doszedłem jednak do wniosku, że jestem zbyt wielkim tchórzem, by chociaż spróbować zrobić sobie krzywdę. A może po prostu byłem zbyt odważny, by uciekać od problemów?
Próbowałem wytężyć umysł i skupić się nad każdym aspektem po kolei. Teoretycznie wydawało się to banalne, jednakże w praktyce wyglądało nieco gorzej. Moje myśli skakały po każdym torze po kolei, tworząc poplątaną sieć, którą musiałem pomału rozplątywać. Z moją cierpliwością - a raczej z jej brakiem - po kilku nieudanych próbach uciekałem do bezpiecznych czterech ścian, zbudowanych z egoizmu. Na skutek tego stawałem się zidiociałym kretynem, który nie potrafił myśleć racjonalnie. To było mniej więcej tak, jakbym pod natłokiem myśli i nieprzyjemnych wrażeń, wyłączał mózg i przestawał panować nad tym, co robię.
Harry, ogarnij się, chłopie...
Tak naprawdę nie miałem żadnego wytłumaczenia na to, co zrobiłem. Skrzywdziłem tak wspaniałą, niewinną dziewczynę, jaką była Anya. Zadałem ból komuś, z kim próbowałem zbudować trwałą przyjaźń. Jaki był mój powód? Zabrakło mi szczęścia, radości, uczuć, jakie mogłem otrzymać od płci przeciwnej? Może po prostu próbowałem wpłynąć na nią swoim urokiem. Sprawdzić, czy dziewczynę taką jak Any również da się uwieść.
Czułem się okropnie, choć dopiero co zeszłego wieczoru perfidnie zdradziłem ją ze swoją byłą. No cóż, co prawda to, że mieliśmy zamiar zakończyć nasz związek nie dawało mi prawa do spotkania ze Steven. Nie padły wcześniej oficjalne słowa zostańmy przyjaciółmi, więc powinienem był przewidzieć reakcję Any. Byłem zagubiony w tym wszystkim, a to, jak Louis wpadł wczoraj wieczorem do pokoju, wrzeszcząc, że ma ochotę obić mi twarz, wcale nie pomogło mi pozbierać się do kupy. Może byłoby lepiej, gdybym naprawdę po niej dostał. Może w końcu bym się otrząsnął i znalazł w sobie na tyle siły, by chociaż stanąć oko w oko z Anyą i powiedzieć przepraszam.



~*~
Cześć
A więc zaczęła się szkoła. Czas przeznaczony na komputer zmalał do minimum, więc mam dla Was pewną wiadomość. Wszystkie wasze rozdziały będę czytać w  piątek/sobotę, nie zdziwcie się, jeżeli nie dam Wam znaku życia wcześniej. Rozdziały postaram się dodawać nie później, niż co półtora tygodnia. Możecie się ich spodziewać w czwartek-niedzielę, mniej więcej w tych dniach. Wy chyba również ostro wzięliście się za naukę już na starcie, bo zauważyłam lekki spadek statystyki. Cóż, nie mam tego nikomu za złe, nie każdy ma ochotę spędzać tyle czasu przed komputerem, żeby tylko przeczytać jakieś moje nędzne opowiadanie. 
Nie betowałam ostatnich akapitów, mogą się zdarzyć błędy, za co przepraszam z góry.
Do zobaczenia wkrótce, powodzenia w nowym roku szkolnym, no i cóż... Pozdrawiam :)

13 komentarzy:

  1. No tak szkoła ;/
    Część świetne, pełna przemyśleń i opisów - to co lubię!
    Liam chce oświadczyć się Dan? Jak najbardziej, tak! :) To byłoby bardzo ciekawe!
    Pomimo wszystko ten rozdział wydaje mi się jakiś dramatyczny, śmierć Arii, to ogólne załamanie bohaterów. Liczę na to, ze kolejny post będzie nieco bardziej radosny ;>
    Już nie mogę się doczekać kolejnego rozdziału, szczególnie konfrontacji Niall'a i An :)
    Zapraszam na kolejny do mnie i pozdrawiam! ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Liam i Dan? Jestem za i to nawet nie wiesz jak bardzo. :) Trochę dramatycznie się zrobiło to fakt, ale strasznie tak czy tak rozdział mi się podoba. :) Cały czas ciągle czekam na coś więcej pomiędzy Niallem i Anya mam nadzieję, że już nie długo. Bo w końcu chyba coś ich do siebie ciągnie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Naareeeszcie! Jeszcze teraz tylko Mama Marisol i jej tata powinni do siebie wrócić, Niall wyznać miłość Anyi a jej rodzice pozwolić jej zostać tam, a
    Liam oświadczyć się Dan! Taaak! XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Teraz Harrego na wyrzuty sumienia wzięło? Za późno chłopcze ;DD Teraz czas, żeby Niall wkroczył do akcji, chociaz jest taki uroczy gdy dusi w sobie te uczucia *.* Ale rany dziewczyno jak ty piszeeeeeeeeesz. Mogłabym czytać twoje opowiadania godzinami. Te wszystkie opisy, przemyslenia, są takie idealne ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. i chuj... (wybacz te brutalne słowa) napisałam długo komentarz, ale przez przypadek coś kliknęłam wiec wszystko się wykasowało...! To może zacznę jeszcze raz. Wybacz, jeżeli będzie bez składu i ładu, ale to co miałam poukładane w głowie stało sie jedną wielką kulą kotłujących sie myśli i wszystkie chcą wydostac się na zewnątrz.
    Jestem w 1000000% za Niallem (chociaz i tak byłam za nim od samego początku :) ) Jego przemyślenia miały w sobie jakąś głębię i magię. Jednak to co najbardziej wbiło mi się z pamięć po przeczytaniu rozdziału to pytanie Liam'a. Byłam zaskoczona takim nagłym pytaniem i jego niepewnością. Ale i tak sądzę, że to słuszna decyzja. :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Raany ... jak to czytam to poprostu, sama nie wiem xD
    Brak słów.
    Mało sie dzieje a duzo opisów, ale czuję jak bym sama to wszystko przezywała, tyle uczuć i emocji o.O
    Naprawdę świetne. Masz wielki talent :)
    Pozdrawiam i powodzenia w sql :3
    -W

    OdpowiedzUsuń
  7. Liam nie powinien się zastanawiać nad tym aby oświadczyć się Dan :P to byłoby taki fajne ;)) ja jestem jak najbardziej na tak :D
    Śmierć Ari, przykre chociaż źle traktowała Sol, to i tak smutne że umarła ;(
    Przemyślenia Nialla, ja nie mogę ... Jak Ty dziewczyno możesz tak zajefajnie pisać? Ubóstwiam Cię ;D
    Ja cały czas czekam na Nialla i Anyi :P i mam nadzieje że długo nie będę musiała czekać, chociaż może to byłoby takim dreszczykiem emocji kiedy to w końcu się stanie? Ale nie wolę żeby było szybko :D
    To teraz czekam na następny ;))
    A co do szkoły to mam tylko jedno słowo na jej temat : Masakra :/
    Pozdrawiam,
    M.

    OdpowiedzUsuń
  8. O matko dopiero co znalazłam twojego bloga.
    Jaki ten twój rodział dłuuuuugi. Masakra, ale bardzo ciekawy. NIEmądrze Liam. Oświadczać się w wieku 19 lat???
    Oj, to wszytsko jest takie skomplikowane. Nie zdazylam jeszcze przycztac calego blooga ale szybko to nadrobie.
    Poza tym jeszcze polecę mojego bloga którego mam nadzieję że przeczytasz..

    xoxo Olivia

    OdpowiedzUsuń
  9. Wybacz, że tak późno komentuję! Przepraszam, po prostu mam teraz tak dużo na głowie... No, ale już przechodzę do sedna. Sposobu, w jaki opisujesz uczucia bohaterów, pozazdrościłby ci nie jeden autor książek. Dosłownie, emocje godne co najmniej Browna. Dokładne, ładnie połączone, bez błędów. Oryginalny dobór słów. Idealnie. No i rozwalił mnie oczywiście Nouis na gifie. Przepraszam, że tak krótko, ale mam mało czasu. Pozdrawiam cieplutko i życzę weny oraz czsu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ah, i w razie czego zapraszam na mojego nowego bloga: www.sztuka-zapomnienia.blogspot.com - całusy!

      Usuń
  10. Wreszcie dotarłam!
    Dobrze, że Harry czuje się winny i nie jest mu łatwo z myślą, że zranił Anyę. Przynajmniej tyle. Trzymam kciuki za jego odwagę. Niech chociaż spróbuje jakoś ją przeprosić. Może wtedy ich relacje się odrobinę polepszą.
    Aria nie była moją ulubioną postacią w tym opowiadaniu, ale współczuję mamie Marisol. Straciła siostrę, może nie idealną, ale siostra to zawsze siostra. Jej tata pewnie też cierpi...
    Ten obiad z rodzicami Anyi i Lou może być bardzo ciekawy. :>

    OdpowiedzUsuń
  11. O mamusiu, piękny nowy szablon. Podziwiam Cię za nie. Są tak perfekcyjnie piękne, że mi szczęka opada normalnie. Eh. ♥
    Pierwsza sprawa, An i Harry, oboje niby tacy cwani, że są sobie nie potrzebni, że nic nie znaczą dla siebie. A jednak w środku za każdym razem coś ich kłuje. Ale to chyba... naturalne? No tak. Co z tego, że byli ze sobą króciutko. Liczyło się. On był wobec niej czuły, pomimo że ona to nie zawsze odwzajemniała. A potem, kiedy jeszcze nie zerwali oficjalnie on obściskuje się z dziewczyną. I to nie byle jaką - ze swoją byłą. No tak, mnie by chyba rozsadziło. Kurczę no. Anya jest usprawiedliwiona.
    No i czeka ich ten obiadek z rodzicami. Ja od początku jestem pewna że to będzie ciekawe wydarzenie. ;D
    Druga sprawa - Liam! Co ten chłopak wymyślił! On ma dopiero 19 lat! Dobrze, że An próbuje mu delikatnie ten pomysł z główki wybić. No bo, jeśli Dan go kocha to przecież rozumie. :)
    Po trzecie - Marisol. Cieszę, naprawdę się cieszę, że kontakt z mamą jest tak dobry. Że to pomaga w powrocie do... do zdrowia? Do normalności? Że znów mogą się sobą cieszyć, rozmawiać i wspierać. To piękne. Pomimo, że pojawia się tu nieszczęście - śmierć Arii. Ale wszystko się ułoży, jestem tego pewna. Zaskoczyłaś mnie tym, że Troian i Aria to były siostry. Tak, zdecydowanie. Sytuacja dość skomplikowana, ale dobrze to wymyśliłaś.
    Przemyślenia Nialla są dla mnie głębokie. Poważne. Jedyne co jestem w stanie na ten temat napisać to to... że widać jak bardzo ją kocha.
    A Hazzę zaczynają męczyć wyrzuty sumienia, tak?... Oj Harry, Harry.
    Buziaki, Twoja Mai ♥

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!