Anya
-
Hej, Any... Naprawdę jesteś zajęta czy może nie odbierasz, bo zwyczajnie masz
mnie już dosyć? Nie zdziwiłabym się, gdybyś miała. Wiem, że pojawiam się i
znikam... nie zawsze o wszystkim ci mówię, bo... cóż, nie chcę tego nagrywać na
pocztę. Wolałabym pogadać w cztery oczy. Przepraszam cię za to. Długo zbierałam
się w sobie, by do ciebie zadzwonić i oznajmić, że podjęłam wreszcie
decyzję. Chodzi o Fay. Chciałabym się tym z tobą podzielić... czy się jeszcze
przyjaźnimy, czy nie, mam nadzieję, że oddzwonisz.
Trzymałam
telefon przy uchu, po raz drugi odsłuchując wiadomość głosową. Leżałam na swoim
łóżku, wpatrując się w sufit, zastanawiając się czy moją więź z Marisol można
dalej nazywać przyjaźnią. Z jednej strony chyba wciąż mi na niej zależało i
nawet nabrałam ochoty na rozmowę z nią, z drugiej jednak... nie widziałyśmy się
już kilka miesięcy. Głupio było się do tego przyznać, ale w pewnym momencie
najzwyczajniej w świecie o niej zapomniałam.
Choć
nie widziałyśmy się od tak dawna, nie potrafiłam jej wykreślić z mojego życia.
Przez chwilę chciałam, bo miałam dosyć tego, że przypominała sobie o mnie
wtedy, kiedy miała jakiś problem. Mimo wszystko... wciąż darzyłam ją dużą
sympatią. Nie mogłam ot tak o niej zapomnieć, bo w głowie pojawiały się
wspomnienia z czasów szkolnych, kiedy brnęłyśmy przez kolejne klasy ramię w
ramię, polegając na sobie nawzajem. Miałyśmy swój niemy układ: ja zawsze
wyciągałam ją z kłopotów, a ona robiła wszystko, bym wykreśliła słowo nuda z
mojego słownika. Kiedyś naprawdę byłam okropnym sztywniakiem...
Jakimś
cudem się dopełniałyśmy. Zawsze potrafiłyśmy znaleźć wspólny język i teraz,
kiedy nasze drogi częściowo się rozeszły, brakowało mi tego, co kiedyś
miałyśmy. Dlatego fakt, że raz na milion lat wciąż potrafiła sobie o mnie
przypomnieć... próbowałam nie patrzeć na to negatywnie. W końcu każdy z nas ma
swoje sprawy, a urodzenie i wychowywanie dziecka nie było czymś błahym. Nic
więc dziwnego, że nie miała ochoty na babskie pogaduszki, siedząc po uszy w
pieluchach. Potrafiłam jej to wybaczyć.
Zawsze
dużo jej wybaczałam.
Ponadto,
naprawdę udało się jej mnie zaciekawić. Marisol podjęła decyzję dotyczącą swojej córki, Fay. Mogła od razu uchylić rąbek tajemnicy, ale jak zawsze musiała bawić
się po swojemu. Zadzwonisz, to się dowiesz. Jak nie, to niech cię
zżera ciekawość, nie moja wina.
Westchnęłam.
Odsłuchałam
tę wiadomość późnym wieczorem. Zbliżała się dziesiąta, więc Sol zapewne już
dawno spała. Nie chciałam ryzykować - gdybym przypadkiem obudziła Fay,
przyjaciółka chyba nigdy więcej nie odezwałaby się do mnie słowem. Odłożyłam
więc telefon na szafkę nocną. Jutro mam cały dzień na przeprowadzenie tej
rozmowy, pomyślałam, zamykając oczy.
Już
prawie zasypiałam, kiedy głośne pukanie do drzwi sprowadziło mnie z powrotem do świata żywych. Ogarnęłam wzrokiem cały pokój, zastanawiając się, co się
dzieje. Byłam rozkojarzona odpływaniem do krainy Morfeusza, więc minęła
chwila, nim zorientowałam się, że ktoś uchylił drzwi do pokoju i wpuścił trochę
jaskrawego światła z holu, które na chwilę mnie oślepiło. Zmrużyłam oczy -
dopiero, kiedy przyzwyczaiły się do nowej sytuacji, dostrzegłam zasmuconą twarz
Louisa. Musiał przyjść chwilę przed położeniem się spać, sądząc po mokrych włosach,
nieco przydużej, czarnej koszulce i dresowych spodniach.
-
Właź - burknęłam tylko, przecierając oczy dłońmi.
Posłusznie
wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi. Ja w tym czasie zapaliłam stojącą
obok łóżka lampkę, żeby biedny Lou nie zgubił się po drodze. Usiadł na brzegu
łóżka, obok mnie. Cały czas wpatrywał się w swoje dłonie. W ogóle nie nawiązywał kontaktu wzrokowego, co uznałam za trochę dziwne.
-
Widziałem się dzisiaj z mamą - powiedział.
Przewróciłam
oczami w teatralnym geście, dając mu do zrozumienia, że nie mam ochoty na
pogaduszki na jej temat. Odcięła się ode mnie. To ona zaczęła tę cichą wojnę,
chociaż nie zrobiłam nic złego. Jeżeli milczenie miało być ceną za miłość, to
ja zdecydowałam się już ją zapłacić. Dlaczego więc miałam słuchać co u niej,
kiedy wiedziałam, że nie obchodziło ją, co się ze mną działo? Faza smutku i
cierpienia z powodu wojny już mi przeszła. Chyba najzwyczajniej w świecie
zdążyłam się przyzwyczaić. Teraz byłam wściekła, że w ogóle kazała mi wybierać.
-
Mama cię nie zbywa. To znaczy, na początku chciała ci dać nauczkę, postawić na
swoim i tak dalej. Ale teraz... unikała cię, bo boi się z tobą porozmawiać -
tłumaczył, a ja milczałam, wpatrując się w sufit.
-
Boi się porozmawiać? Proszę cię - prychnęłam z pogardą. Jej zachowanie było
śmieszne i chyba każdy, kto o tym wiedział, myślał podobnie.
-
Any... - zaczął i urwał, jakby nie bardzo wiedział, jak ubrać to w słowa. -
Obiecałem jej, że powiem ci prawdę, bo ona nie potrafi. Powiedziała, że chciała
trzymać cię od tego z daleka, bo dużo ostatnio przeszłaś i zwyczajnie się o
ciebie martwi. Myślała, że wszystko się ułoży, ale okazało się... że nie da się
już tego naprawić - kontynuował.
W
tym momencie w mojej głowie zapaliło się czerwone światło. Ogromny wykrzyknik,
którego nie sposób było ignorować, zajął honorowe miejsce wśród wszystkich
moich myśli. Mimo tego, że często się nie dogadywałyśmy, ona wciąż pozostawała
moją mamą. I choć mogłam jej wiele zarzucić i zwyczajnie przestać się
przejmować - nie potrafiłam.
-
Przestań owijać w bawełnę. Co się dzieje, Louis? - zapytałam, siadając bliżej
niego. Spojrzałam mu w oczy, czekając na dalszy ciąg.
-
Rodzice się rozwodzą - powiedział cicho.
Zabrakło
mi słów.
Wpatrywałam
się w Louisa z niedowierzaniem, z rozchylonymi ustami, wytrzeszczając na niego
oczy. Przez chwilę wydawało mi się, że to jakiś niepoważny, najgłupszy na
świecie żart. Ja naprawdę miałam nadzieję, że to żart. Ale jego
spokój... to, jak głaskał mnie po plecach, rzucając mi przepraszające
spojrzenie...
-
Od jak dawna... - zaczęłam, choć sama nie bardzo wiedziałam, o co chciałam
zapytać. - Od kiedy... Kiedy to się zaczęło? Od jak dawna wiesz? - zapytałam w
końcu, niemal oskarżając go tonem i spojrzeniem. Jakby był czemukolwiek winien.
-
To już trochę trwało - wyznał, znów wbijając wzrok w swoje dłonie. - Od kilku
miesięcy mieli problemy. Ja... dziwię się, że nie zauważyłaś. W końcu byłaś z
nimi w Paryżu, spędziliście razem tyle czasu... widywałem ich rzadziej, a wiedziałem,
że coś jest nie tak - wypalił.
To
brzmiało jak oskarżenie, ale postanowiłam nie brać tego do siebie.
Rzeczywiście... nie zauważyłam. Skupiałam się na sobie, na swoich problemach,
bo nie spodziewałam się, że oni też mogą jakieś mieć. Że po tylu latach jednak
można mieć siebie dosyć... Że po tylu latach można nagle pomyśleć o rozwodzie.
-
Mama mi tego nie powiedziała, ale... tak między nami... wydaje mi się, że tata
kogoś ma - szepnął, po czym pokręcił głową, jakby sam próbował wybić sobie ten
pomysł z głowy. - Ale to nie jest możliwe, prawda? Powiedz, że to niemożliwe -
zwrócił się do mnie, używając niemal błagalnego tonu.
Pokręciłam
powoli głową.
- Nie posądziłabym o to taty. Rozwodzą się... - niemalże wyplułam te słowa - ...ale chyba nie zaczęliby tak szybko spotykać się z innymi ludźmi? - Ciężko było w to
uwierzyć. Jakoś do tej pory wydawało mi się, że tak pielęgnowana
miłość... Och! Takie problemy nie powinny dotyczyć ludzi, którzy byli ze sobą tak
długo, że zdążyli wychować już dwójkę dzieci! Rozstania są zarezerwowane dla
par, które dopiero zaczynają. Które nie znają się tak dobrze albo zwyczajnie do
siebie nie pasują. Jak można... po takim czasie?
-
Lou, nie możemy im jakoś pomóc? - zapytałam.
-
Wątpię, Any. Chciałbym, ale mama naprawdę robiła, co mogła, a i tak... To
ojciec zażądał rozwodu. Ona tego nie chciała, dlatego mam wrażenie, że... że to
jego wina. Że może jest ktoś trzeci - burknął.
-
Louis - zaczęłam ostrzegawczym tonem. - Przestań. To tylko twoje domysły... nie
oskarżaj go - stanęłam w obronie taty.
Już
sama nie wiedziałam, co mnie bardziej zaskoczyło. Rozwód... czy może fakt, że
Louis z taką łatwością oskarża ojca o zdradę. Skąd w ogóle przyszedł mu do
głowy taki pomysł? Tata nigdy nie dał nam powodów, żeby źle o nim myśleć.
Był uczciwy, honorowy i kochający. Pielęgnował naszą rodzinę. Zawsze był obok,
kiedy mieliśmy jakieś problemy. Zawsze był... dla nas i służył dobrą radą, a
Louis ot tak go posądza?
-
Anya, ja go nie oskarżam. Ja tylko... to wszystko jest takie... porąbane. Byli
moim wzorem... to jak się do siebie zwracali, jak im na sobie
zależało przez całe życie. To wszystko wyglądało tak naturalnie. Dlaczego...
tak nagle? Coś musiało się wydarzyć! Przecież to nie mogło ot tak się zawalić! Jakby... jakby czas im się skończył i... teraz to wszystko przestało mieć sens
- żalił się, przecierając dłonią oczy.
Było
mi przykro. Czułam smutek i rozczarowanie, zupełnie jak Louis. Nie mieściło mi
się to w głowie, że nasi rodzice mogli ot tak z siebie zrezygnować. A jednak...
to się działo. Ale w przeciwieństwie do mojego brata, w życiu nie oskarżyłabym
o nic ojca. Przypuszczenia Lou sprawiły, że zamiast zatopić się po uszy w
smutku, czułam wściekłość. Nie byłam zła na brata czy nawet tatę... byłam zła
na siebie, że gdzieś tam w głębi umysłu pojawiła się jednak ta zdradziecka
myśl... "A może Louis ma rację?" Szybko wyrzuciłam ją z głowy. Nie
chciałam w to wierzyć. Informacja o rozwodzie już i tak mnie wewnętrznie
rozbiła. Gdyby okazało się, że Louis mówił prawdę... chyba bym się nie pozbierała.
Siedzieliśmy
w ciszy, przytulając się do siebie. Opłakiwaliśmy związek rodziców, wątpiąc w
prawdziwą miłość i szczęście. Pocieszaliśmy siebie nawzajem, próbowaliśmy jakoś
przetrwać ten życiowy sztorm. I choć wiedziałam, że jutro musiało kiedyś nadejść, modliłam się, by chociaż przyszło z opóźnieniem i dało nam czas, na pozbieranie myśli i ustabilizowanie rozchwianych do granic możliwości emocji.
*
Anya
Zasnęłam nad ranem, koło czwartej, kiedy na dworze zrobiło
się jasno, a ptaki zaczynały już rozgrzewać swoje śliczne głosy, co doskonale
było słychać przez uchylone okno. Ostatnie, co pamiętałam, to moment, w którym
Louis się przebudził (zazdrościłam mu, że potrafił zasnąć) i wyszedł z pokoju.
Po jakimś czasie wreszcie udało mi się zmrużyć oczy, choć sen raczej był
płytki. Budziłam się co kilka godzin, myślami znów wracałam do rozwodu.
Obudziłam się o jedenastej. Moje samopoczucie pozostawiało
wiele do życzenia, w końcu spałam coś około sześciu godzin z przerwami - prawie
jak w dni szkolne. Szybki, orzeźwiający prysznic, ładne ubrania i staranny
makijaż sprawiły, że przynajmniej nie wyglądałam tak fatalnie, jak się czułam.
Oprócz tego, że opuchlizna po nocnym płaczu jeszcze nie zeszła, wczorajszy
wieczór nie pozostawił na mnie więcej znaków szczególnych. Dla kogoś z
zewnątrz byłam wciąż tą samą, neutralną, choć raczej beztroską Anyą Tomlinson.
Postanowiłam, że tak właśnie ma zostać. Nikt miał nie dostrzec, że stało się
coś złego. Nawet Niall, którego jak zwykle nie chciałam obarczać rodzinnymi
problemami. Ostatnio wydarzyło się już o kilka dramatów za dużo, o których
niestety wiedział. Pewnie od dawna już krzywo patrzył na moich bliskich, choć
zazwyczaj nie dawał tego po sobie poznać. Nie chciałam dawać mu więcej
pretekstów do ponownego oddalenia się ode mnie. Teraz, przy rozwodzie rodziców,
chyba doszczętnie by mnie to załamało.
Ku mojemu zdziwieniu, Horan już o wszystkim wiedział.
Oczywiście, nie powiedział mi tego wprost. W końcu chyba nikt o zdrowych
zmysłach nie zacząłby rozmowy, wspominając na wstępie o rozwodzie rodziców
swojej dziewczyny. Wnioskowałam raczej po jego zachowaniu - przez cały dzień
był zadziwiająco taktowny, delikatny i uroczy. Owszem, Nialler zawsze był
delikatny i uroczy, ale tym razem dodatkowo nie odstępował mnie na krok od
samego rana. Co więcej, traktował mnie, jakbym była z porcelany i mogła
roztrzaskać się na kawałeczki przy każdym najmniejszym dotyku, co niemal od
razu rzuciło mi się w oczy. Dziwiło mnie, że chłopacy jak co dzień poszli na
próbę, kiedy on wylegiwał się ze mną na kanapie przed telewizorem. Na pytania o
pracę rzucał zdawkowe odpowiedzi, w kółko powtarzając, że ubłagał dzień wolny,
bo tego potrzebował, a nie ze względu na mnie. Wiedziałam, że tak naprawdę
robił to dla mnie, a kłamał, żebym nie poczuła się winna. To było naprawdę
wspaniałe z jego strony, że dotrzymywał mi towarzystwa, próbując wszystkiego,
żeby tylko odciągnąć mnie od rozmyślań na temat rodziców.
Leżeliśmy na moim łóżku, ciesząc się sobą, kiedy rozdzwonił
się jego telefon. Nie miałabym mu za złe, gdyby odebrał, on jednak zignorował
irytujące dźwięki jakiegoś radosnego utworu, skupiając swoją uwagę na mnie. Po
raz kolejny zaimponował mi swoim zachowaniem - chyba nawet nie wiedział, jak
mnie tym zachwycił. Niestety, telefon jednak nie przestawał dzwonić. Ktoś był
naprawdę uparty albo sprawa była aż tak poważna, że za trzecim razem Niall
warknął z irytacji, sięgając po komórkę, gdy wreszcie kazałam mu sprawdzić, co
się dzieje, bo sama nie mogłam już słuchać tej głupiej melodii.
Przybrał tak poważny wyraz twarzy, że autentycznie mnie
wystraszył. Zmarszczył brwi i odebrał, przez cały czas unikając mojego
spojrzenia. Właściwie, to oprócz zwyczajnego "halo?", nic
więcej nie powiedział. To osoba po drugiej stronie cały czas mówiła, wręcz
krzyczała. Słyszałam kobiecy głos, choć Nialler zapobiegawczo ściszył dźwięk.
Patrzyłam na niego z zaciekawieniem, zastanawiając się, do kogo ten głos może
należeć. Miałam w głowie tylko jedną odpowiedź. Czy Niall właśnie przerwał
nasze słodkie chwile, żeby porozmawiać z Demi?
- Nie, nie zapomniałem - odezwał się wreszcie, jednak
kobieta zdawała się go nie słyszeć. Krzyczała dalej, kiedy on bezskutecznie
próbował jej przerwać. - Pamiętam! - warknął, po czym zacisnął wargi. Wyglądał
na wściekłego i zdesperowanego. Westchnęłam, spoglądając w sufit. - Będę. Tak,
będę. No, cholera jasna, mówię, że będę! - krzyknął i rozłączył się, chociaż
kobieta jeszcze nie skończyła zdania.
Przez chwilę trwaliśmy w ciszy. Ja nie miałam nic do
powiedzenia, a Niall zwyczajnie nie wiedział, od czego zacząć. Minęło kilka
sekund, nim wreszcie trochę spuścił z tonu - nie zaciskał już ust i nawet nie
wyglądał, jakby chciał roztrzaskać telefon na kawałki. Oddychał głęboko,
uspokajając się. Skorzystałam z chwili jego nieuwagi, kiedy na dłuższy czas
zamknął oczy, i zaczęłam całować go po szyi. Miałam nadzieję, że w ten sposób
trochę się zrelaksuje i wreszcie wróci na ziemię, wróci do mnie. On tylko
westchnął i przechylił lekko głowę, dając mi lepszy dostęp do najbardziej
wrażliwych miejsc.
Po dość krótkiej chwili odsunęłam się od niego. W nagrodę
dostałam słodkiego buziaka, który zdecydowanie przerodziłby się w długie,
romantyczne chwile, gdyby Horan nie zdecydował się wreszcie na rozmowę. Kiedy
spojrzałam w jego oczy, zrozumiałam, że to dla niego ważne, więc po prostu
pozwoliłam mu mówić, choć tak naprawdę nie miałam ochoty słuchać.
- Zadzwoniłem do menadżera, że nie będzie mnie na próbie,
ale wyleciało mi z głowy, że byłem umówiony na spotkanie - powiedział.
- Spotkanie? - podłapałam temat.
- Mieliśmy plany - burknęłam w odpowiedzi. - Dzisiejszy
wieczór planowaliśmy ponad tydzień temu... jakim cudem - próbowałam nie
podnosić głosu, ale gniew potęgował z każdą kolejną sekundą - zaplanowałeś dwa
spotkania na jeden wieczór? Dlaczego, ja się pytam, umówiłeś się z Demi,
zapominając o nas!
- Anya, spędziliśmy razem cały dzień! Wyjdę na dwie godziny
i zaraz do ciebie wracam. Czemu robisz z tego taki problem? - zapytał, czym
prawie doprowadził mnie do furii.
Podniosłam się z łóżka i wyszłam z pokoju, zostawiając go
zakłopotanego i chyba również dość wkurzonego. Podążył za mną. W korytarzu
złapał mnie za rękę, zmuszając do konfrontacji.
- Dzisiejszy wieczór miał być wyjątkowy. Planowaliśmy go
prawie dwa tygodnie, a ty chcesz zostawić mnie samą... dla Demi?! - krzyknęłam,
spoglądając na niego prawie z nienawiścią. Byłam rozczarowana, rozgniewana i
zdecydowanie miałam go już dość jak na jeden dzień.
- Zrezygnowałem z próby i spotkania z fanami, żeby być przy
tobie, a ty nawet nie doceniasz...
- Przestań!
- ...moich starań? - podniósł głos, żeby mnie przekrzyczeć.
- To tylko cholerne dwie godziny! Nic wielkiego! Urwę się wcześniej i szybko do
ciebie wrócę, o co ci chodzi?!
- Nie chcę, żebyś wracał! Idź na spotkanie z Demi, nie
krępuj się! Nie. Wracaj.
Wyrwałam nadgarstek z jego dość mocnego uścisku i
odwróciłam się na pięcie. Zbiegłam po schodach. Słyszałam za sobą jego kroki,
chyba zeskoczył z ostatnich schodków, bo usłyszałam głośny huk. Jakoś nie
obchodziło mnie, czy coś mu się stało. Byłam wściekła, że zrezygnował z naszego
wieczoru, dla spotkania z Lovato. Miałam wrażenie, że wcale nie zapomniał, że
zrobił to specjalnie. Po co? Żeby sprawdzić moją wytrzymałość? Miałam dość jego
pseudo-związku z Demi, który zdawał się nie kończyć. Tolerowałam to, dopóki ich
spotkania nie zaczęły kolidować z naszymi. Nie podobało mi się, że stałam się
dla niego mniej ważna. Kiedyś dla naszej randki rzuciłby wszystko, dzisiaj nie
potrafił.
Po raz kolejny złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam się do
niego, obrzucając groźnym spojrzeniem. Zerknęłam na jego dłoń. Szybko
poluźnił uścisk, chyba wreszcie zrozumiał, że wcale nie żartowałam.
- Any, nie mówisz poważnie, daj spokój - zaczął nieco
spokojniej.
- Jeżeli ona jest ważniejsza, idź! Nie chcę cię na razie
widzieć, Horan! - Na dźwięk swojego nazwiska, delikatnie się wzdrygnął. - Idź i
nie wracaj - warknęłam.
Tym razem już za mną nie poszedł.
Nawet nie założyłam butów - wzięłam je do ręki i wyszłam z
domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
*
Szłam przed siebie, bez żadnego celu. Potrzebowałam
samotności i spokoju, a jednocześnie bardzo chciałam się z kimś zobaczyć. Z
kimś innym niż Niall, do którego chwilowo pałałam delikatną nienawiścią. Dobrze
wiedziałam, że niedługo mi przejdzie i zapewne będzie mi głupio, że tak po
prostu wybiegłam z domu. Niestety w ciągu jednej doby nazbierało mi się za
wiele negatywnych emocji - chciałam się jakoś odciąć od wszystkiego, co psuło
mi humor, a Demi była zdecydowanie jedną z głównych przyczyn. Gdzieś na równi z
moją matką, która zamiast ze mną porozmawiać, ucieka od problemów... niczym
nastolatka. Czasem wydawało mi się, że nawet ja potrafię podejmować lepsze decyzje
od niej.
Kiedy wpatrywałam się w ekran telefonu, zastanawiając się
co dalej, do głowy od razu wpadł mi pomysł spotkania się z Lukiem. Równie
szybko dotarło do mnie, że nie powinnam tego robić. Mieszać w głowie
Lukowi tylko po to, żeby wzbudzić w Niallu zazdrość. Moje relacje z Hemmingsem
wreszcie uległy poprawie - naprawdę chwilowo przestał o mnie zabiegać. Był obok
tylko jako przyjaciel i starał się nie przekraczać granic. Czasem nawet do
przesady - w końcu od wieków się przytulaliśmy i nigdy nie mieliśmy problemu z
okazywaniem sobie przyjaźni. Teraz za każdym razem widzę, jak się waha i
kalkuluje czy powinien. Wtedy ja przejmuję stery i zwyczajnie go obejmuję. Drobny, nic nie znaczący gest.
Telefon rozdzwonił się w mojej dłoni, prawie przyprawiając
mnie o zawał serca. Wypuściłam go z ręki prosto na betonowy chodnik. Z przerażeniem
rzuciłam się urządzeniu na pomoc - na szczęście nie wyglądało to najgorzej -
działał, ale miał bardzo nieprzyjemnie wyglądającą rysę, idącą przez połowę
ekranu. Zaklęłam w duchu. Dostałam go od brata na dobry początek życia po
liceum, a po dwóch miesiącach użytkowania już zdążyłam go zmasakrować.
- Louis mnie zabije... - szepnęłam do siebie, oglądając
telefon ze wszystkich stron. Modliłam się, żeby rysa była jedynym problemem.
Przez chwilę nienawidziłam tego, kto do mnie zadzwonił w
tak niespodziewanym momencie. Dopiero kiedy dostrzegłam po raz kolejny imię
Junsu na wyświetlaczu, trochę spuściłam z tonu. Akurat jemu potrafiłam wiele
wybaczyć - chyba jeszcze więcej, niż Marisol, ze względu na wspólną historię z
Paryża i wypadek. Cały czas gdzieś tam w środku miałam poczucie winy, a ta
dziwna myśl, że to ja powinnam leżeć wtedy w śpiączce, a nie Junsu, wciąż była
dość przytłaczająca. Na prośbę przyjaciela postanowiłam jednak wyrzucić te dziwne
myśli z głowy i nigdy więcej nie wracać do tematu. Tak, jakby nic się w ogóle
nie wydarzyło.
- Anya! - rzucił wesołym tonem. Zawsze zastanawiało mnie,
skąd brał tyle radości i szczęścia. Kiedyś nawet go o to zapytałam, ale
powiedział, że to sekret, którego nigdy nie zdradzi. - Co słychać?
- Junsu! Prawie zabiłeś mój telefon, ale to nic! -
odpowiedziałam. Jego cichy śmiech sprawił, że wreszcie się uśmiechnęłam.
- Jestem w twojej części Londynu. Spotkamy się? - zapytał.
Moja część Londynu - brzmiało komicznie, ale zdecydowanie
mi się spodobało.
- Powiedz gdzie i o której, to może to przemyślę.
*
Niall
Jak na złość, kumple wrócili z dzisiejszej próby niespotykanie wcześnie.
Miałem nadzieję, że uda mi się ulotnić jeszcze przed ich powrotem. Nie
musiałbym wtedy niczego tłumaczyć. Oczywiście istniał cień nadziei, że o nic
nie zapytają, ale cóż... Prędzej świnie zaczną latać, niż oni przestaną wtykać
nos w nie swoje sprawy.
- Gdzie Anya?
Nawet nie zwróciłem uwagi na to, kto konkretnie zadał to
pytanie. Udawałem totalnie pochłoniętego telefonem, jakby od tego miała zależeć
przyszłość naszego świata. Strzeliłem minę typu jestem cholernie zajęty, więc
dajcie mi spokój, na którą chyba nawet nie zwrócili uwagi.
- Nie wiem - burknąłem.
- Co jej znowu zrobiłeś? - Tym razem miałem pewność, że
pytanie zadał Louis. Zagrodził mi drogę, kiedy próbowałem przedostać się z
kuchni do salonu. Zmuszony, spojrzałem na niego znad komórki. - Dobrze wiesz,
że teraz nie...
- Wiem - odpowiedziałem zdawkowo. - Wszystko mi pięknie
wytłumaczyłeś z samego rana, nie musisz się produkować.
- Horan, do cholery, dałem ci jedno proste zadanie:
pilnować jej - warknął Louis, zwracając na siebie uwagę reszty. Wyglądali na
lekko niedoinformowanych. Lou wpakował się w sam środek tego bagna, które sam
stworzył.
- To dlatego nie było cię na próbie?
- Czemu o niczym nie wiemy?
- Co się dzieje?
Miałem nadzieję, że podczas ich konwersacji uda mi się
jakoś opuścić pokój. Jednak Louis zapobiegawczo złapał mnie za ramię, jakby
bardzo chciał mnie mieć przy sobie.
- Nic, później wam wyjaśnię. Horan, na górę, raz - warknął
i popchnął mnie w stronę schodów. Cóż, jakby nie patrzeć, udało mi się w
końcu wydostać z kuchni. Niestety, pod czujnym okiem Tomlinsona, który właśnie
po uszy wpadł w rolę opiekuńczego, starszego brata. Czasem nawet zaczynał mi
przypominać ojca - stanowczego, poważnego, nieznoszącego sprzeciwu.
- Co się stało? - od razu zaczął rozmowę, kiedy weszliśmy
do jego pokoju. Wzruszyłem ramionami, a on w odpowiedzi spiorunował mnie
wzrokiem. Nie lubiłem, kiedy tak na mnie patrzył. Jakbym był chodzącym
rozczarowaniem, w dodatku największym, jakie w życiu widział.
- Pokłóciliśmy się - burknąłem, choć nie widziało mi się
wszystkiego opowiadać. Chyba miałem prawo zachować to dla siebie? Trochę
prywatności nie zaszkodziłoby w tym domu wariatów. - Nieważne, Louis. Anya
pewnie niedługo wróci, to sobie z nią porozmawiasz. Ja nie mam ochoty o tym
mówić. Jestem na nią wściekły. Mam już dość jej chorej zazdrości - dodałem.
- Znowu chodzi o Demi? Ja pierdolę... Niall!
- Co?! Dlaczego od razu zakładasz, że to wszystko moja
wina? - podniosłem głos. Chyba nikt nie lubi być oskarżany przez przyjaciół,
prawda? - To Anya przesadza. Ja nic nie zrobiłem - broniłem się.
- Tak? To dlaczego nie chcesz wyjaśnić, co się stało? Skoro
nic nie zrobiłeś...
- Bo mam dość zdawania ci relacji z naszego związku! -
wybuchnąłem. Wcale nie chciałem go zranić. Zwyczajnie mnie to wszystko
przytłoczyło i... słowa popłynęły, nim zdążyłem ugryźć się w język.
Louis wyglądał na zranionego. Zdecydowałem jednak, że nie
będę przepraszał. Tak naprawdę nie miałem za co. Powiedziałem prawdę - kontrola
starszego brata mogła dać w kość, kiedy po każdej kłótni trzeba było się
tłumaczyć. Dlaczego, jak, kiedy? To były nasze sprawy, nie jego!
- Daj nam trochę przestrzeni, Louis - wytłumaczyłem.
- Tobie nie można dawać przestrzeni, bo zaraz wszystko
psujesz, a później jęczysz nam za uszami, że żałujesz, że chcesz ją z powrotem,
że spieprzyłeś! - warknął. - Ja tylko próbuję ci pomóc, bo twoje błędy są
czasem tak idiotyczne, że nawet dziecko szybciej by załapało, że robi coś nie
tak - dodał nieco drwiącym tonem.
Skrzywiłem się. Jakoś do tej pory nie pomyślałem, że robię
coś nie tak. Dlaczego od razu na mnie naskoczył, kiedy nawet jeszcze nic nie wiedział?
- Jak mi powiesz, co zbroiłeś, to może pomogę ci to
naprawić - wyjaśnił, a ja westchnąłem w odpowiedzi.
- Nic nie popsułem... obraziła się, bo zapomniałem, że mam
wieczorem to sfingowane spotkanie z Lovato, a dzisiaj mieliśmy spędzić trochę
czasu razem z Ans - powiedziałem wreszcie. - Nie mogę odwołać tego spotkania, bo to
nasi menadżerowie ustalają terminy, a my się mamy ich trzymać. Tłumaczę Any
dzień po dniu, że nie cieszy mnie czas spędzony z Demi, ale ona nie rozumie.
W dodatku zrobiła się tak bardzo
wybuchowa, że czasem nie daję już rady! Jakbym żył z dwoma, a nie z jedną Anyą.
Ta pierwsza... jest naturalna, beztroska, urocza... taka zwyczajna. Ta druga?
Wiecznie się wścieka, ciągle jest zazdrosna i próbuje mnie kontrolować.
Louis przez chwilę się we
mnie wpatrywał, nie mówiąc słowa. Zbierał myśli? Zastanawiał się, czy już mi
przyłożyć, czy zostawić to na deser? Może nawet mnie nie słuchał? Po chwili
wreszcie wrócił do rzeczywistości, pokręcił głową i zaczął prowadzić swój
wykład jako "facet, który trochę zna się na związkach".
- Wyidealizowałeś sobie Any,
a teraz, kiedy wreszcie dostrzegasz jej wady, trochę zaburzył ci się obraz -
stwierdził rzeczowym tonem. Poczułem się, jakbym rozmawiał z psychologiem, a
nie z przyjacielem. - Anya ma temperament, często najpierw reaguje, a później
myśli i żałuje. Lubi stawiać na swoim, nie cierpi kiedy ktoś się z nią nie
zgadza. Bywa uparta i po prostu... dziwna. - Kiedy dostrzegł moje zdziwienie,
wyjaśnił: - Próbuję pokazać ci jej wady. Nie możesz wiecznie udawać, że ich nie
ma. Ty też masz swoje i Anya pewnie dobrze o nich wie, ale je toleruje. Poznaj ją wreszcie naprawdę, nie w twoich
wyobrażeniach. A co do Demi, ja też bym się wkurzył, gdybym był na miejscu An,
więc lepiej szybko zdecyduj, co jest dla ciebie najważniejsze - zakończył,
pozostawiając mnie w totalnym szoku. Kiedy mój przyjaciel tak zmądrzał?
*
Ines
- Co ty w nim widzisz? -
zapytała Caroline, lustrując wzrokiem Luka Hemmingsa, który wygłupiał się z
resztą zespołu. - Boże, zachowują się jak dzieci - burknęła, spojrzeniem
przekazując mi swoje zniesmaczenie.
- Zupełnie nic. To znaczy...
dobrze wygląda, ale nic poza tym - wyjaśniłam, wzruszając ramionami.
- To dlaczego to robisz?
- Jak to... - zdziwiłam się.
Myślałam, że zdążyła już pojąć, o co mi chodzi. Czasem miałam wrażenie, że jest
dwa razy głupsza, niż się wydaje. Westchnęłam. - Luke to przyjaciel Anyi. A ja
zrobię wszystko, żeby Anya cierpiała. Więc odbiorę jej kogoś, na kim jej zależy
i postaram się, żeby czuł do niej to samo, co ja. Nienawiść. Niall by się na to nie nabrał, ale Luke? - prychnęłam. - To boli, kiedy
twój przyjaciel zaczyna się od ciebie oddalać i w pewnym momencie... staje się
twoim wrogiem - powiedziałam z uśmiechem.
Mój plan wyglądał idealnie.
Cieszyło mnie, że mogłam o nim komuś powiedzieć. To, że Caroline i tak zdawała
się do końca nie rozumieć, nawet mnie bardzo nie zdenerwowało.
- Może... może jednak wreszcie odpuścisz?
Posłałam jej nienawistne spojrzenie.
- Jeżeli sądzisz, że daruję jej zrujnowanie naszych marzeń,
to chyba coś ci się poprzestawiało w głowie - warknęłam, mierząc ją
spojrzeniem. - Nigdy więcej o to nie pytaj, bo skończysz jak Venia - dodałam.
Próbowałam ją nastraszyć, bo tak naprawdę nie chciałam jej
stracić. Venia już zrezygnowała z przyjaźni - opuściła zespół i poszła swoją
drogą, na odchodne rzucając mi kilka nieprzyjemnych słów. Okazało się, że od
dawna widziała we mnie wrogo
nastawioną sukę, która manipuluje ludźmi i próbuje wszystkich pod siebie
ustawiać. Cóż, lepiej było mi bez niej, skoro i tak nie miałam w niej
żadnego oparcia. Nie chciałam jednak zostać całkowicie sama, więc próbowałam
chociaż zyskać lojalność Caroline, która pomimo swojego niskiego ilorazu
inteligencji, była niesamowicie współczująca i bezinteresowna. Te niepotrzebne
uczucia sprawiały, że była... miękka. Nie chciała krzywdzić Anyi, co trochę
krzyżowało mi plany.
- Okey - odpowiedziała cicho.
Na szczęście była bardziej uległa od Veni, co
rekompensowało mi jej słabość.
Uśmiechnęłam się do niej, siląc się na szczerość. Chciałam,
żeby widziała we mnie przyjaciela, a nie wroga. W końcu musiałam mieć kogoś do
pomocy.
~*~

#NU_ff
Hej kochani! Niestety jak zwykle jestem spóźniona - miało być wczoraj, jest dzisiaj, ale tym razem to wszystko przez brak weny. Pracowałam pół nocy, żeby to jakoś wyglądało. I w tym miejscu chciałabym Was przeprosić za to coś powyżej >..< nie jestem szczególnie zadowolona z tego rozdziału. Ostateczną ocenę pozostawiam jednak Wam.
(W aktualnościach są informacje o nowych rozdziałach, zapraszam do nowej zakładki)
(W aktualnościach są informacje o nowych rozdziałach, zapraszam do nowej zakładki)
Teraz uwaga!
Pytanie za sto punktów!
Wasza ulubiona postać? Kto i dlaczego? :3
Do zobaczenia wkrótce,
Love ya all <3
Martis.
Rozdzial jest fantastyczny ♥ moja ulubiona postac to oczywiscie Niall, bo w twoim opowiadaniu jest taki kochany, opiekunczy i slodki ale tez dlatego ze jest niedoskonały ( kłusi sie, popelnia błędy..). Jest po prostu realny i prawdopodobny ;) czekam na nexta i zycze weny! :*
OdpowiedzUsuńDziękuję, kochana ♥ Niall - ach, cudowny wybór :3 Cieszę się, że mimo tych błędów wciąż ktoś go lubi :D Pozdrawiam, xx!
UsuńOch, ciesze się, że rozdziały zaczęły pojawiać sie częściej :D Tęskniłam za twoim opowiadaniem. Moją ulubioną postacią też jest Niall. Po prostu uwielbiam tego człowieka i nie czytałam jeszcze opowiadnaia w którym nie zodbyłby mojej sympatii prędzej, czy póżniej. Bardzo lubię też Zayn'a pomimo, że dawno go u ciebie nie było :)
OdpowiedzUsuńDziękuję ślicznie za komentarz <3 Ach, wakacje to ten magiczny okres, w którym mam niesamowicie dużo czasu na pisanie i jedynym problemem jest czasem brak weny - planuję dodawać teraz rozdziały co dwa tygodnie, chyba że wena pozwoli na jeszcze więcej, więc rzeczywiście pojawiają się dużo częściej :D
UsuńZayn, och, Zayn. Jego wątek jest dość rozbudowany i oczywiście mam zamiar go jeszcze rozwinąć, ale zajmę się nim dopiero, kiedy doprowadzę do końca sprawy z Harrym :3
Pozdrawiam, xx!
jak zawsze cudowny rozdzial *.*
OdpowiedzUsuńtak cos czulam, ze Ines chce wbic Anyi (nie wiem, jak odmienic to imie :p ) noz w plecy... przykre. ale mimo wszystko mam nadzieje, ze nie uda jej sie to :)
moja ulubiona postac? hmmm... ja lubie wszystkich (oprocz Ines), ale chyba najbardziej lubie Louisa, bo on odgrywa role takiego tatusia i zawsze wszystkich wyslucha, pomoze, doradzi... :)
do nastepnego ;*
Dziękuję za komentarz, kochana <3 cóż, powiem tylko, że Ines się dopiero rozkręca :D i dobrze odmieniłaś jej imię - Anyi ^^
Usuńooo! jak fajnie, że wybrałaś Louisa. cieszy mnie, że jednak nie tylko Nialler jest faworytem :3
Pozdrawiam serdecznie, xx!
Smutne, że Ines nie potrafi odpuścic. Tak czułam, że coś kombinuje. Obawiam się, że to ją zniszczy prędzej, czy później.
OdpowiedzUsuńAny w jakiś sposób ma jednak rację, że Niall psuje ich wspólne chwile, ale... może trochę więcej zrozumienia? A on faktycznie nie widzi swoich błędów.
Ulubiona postac? Louis. Loisa nigdy dośc, bo jest po prostu dobrym człowiekiem w tym opowiadaniu. Nawet ten rozdział pokazuje, że jest taki opiekuńczy. Chce pomóc wszystkim, a zastanawiam się czy ktoś pomógłby jemu, gdyby miał problem. Chętnie bym przeczytała więcej o nim :)
pozdrawiam ;)
Dziękuję za wspaniały komentarz ♥ Cóż tu dużo mówić, Anya jest ostatnio dość rozchwiana emocjonalnie. I fakt, Niall będzie się musiał jeszcze trochę poduczyć w niektórych sprawach.
UsuńJestem mile zaskoczona, bo nie miałam pojęcia, że Louis jest aż tak lubianą postacią! Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie to cieszy. Dodatkowo, właśnie dałaś mi małego kopniaka do napisania kolejnego rozdziału swoim komentarzem, za co dziękuję~ co więcej, chyba nawet nie będę czekać do zakończenia wątku Harry'ego i od razu pomyślę nad Louisem :3
Pozdrawiam, xx!
Ojej, to mile, być nieświadomie czyjąś inspiracją :) Więc niecierpliwie czekam, co tam stworzysz! :) U Anyi sporo się dzieje, więc jest to zrozumiałe. Poza tym ona to analizuje (jak to kobiety) i wyciąga wnioski... Próbuje. A Niall nie bardzo. I to jest ta różnica.
UsuńLou to taka ciepła postać tutaj no i jego urok pewnie tez na odbiór wpływa ;) Poza tym wbrew pozorom drugoplanowe postacie są ważne, bo pokazują nieraz wydarzenia w innym świetle, zwracają uwagę na pewne sprawy.
Pozdrawiam serdecznie :)
suomalainen
Rozdział jak zawsze cudowny!! <3 Jestem bardzo ciekawa czy plan Ines się powiedzie i ogólnie jak powiodą się dalsze losy bohaterów. Czekam z niecierpliwością na następne rozdziały. :) Pierwszą z moich ulubionych postaci jest oczywiście Niall, bo w tym opowiadaniu jest taki słodki, opiekuńczy, ale też popełnia różne błędy. Dzięki temu, że nie jest idealny jest bardziej prawdopodobny. Z kolei drugą jest Anya, ponieważ ma dość podobny charakter jak mój i przez to bardzo się z nią utożsamiłam. ;)
OdpowiedzUsuńPięknie dziękuję za komentarz, skarbie! I za odpowiedź na pytanie również! Cieszę się, że rozdziały jeszcze się podobają. Czasem mam wrażenie, że może tego wszystkiego jest za dużo i nie ma już tej magii co kiedyś, ale kiedy czytam takie komentarze jak Twój, to zmartwienia znikają <3
UsuńPozdrawiam serdecznie, xx!
Martis.