P.O.V. Anya
Mogłabym śmiało przyznać, że
kilka ostatnich dni nie należało do udanych.
Wciąż próbowałam się otrząsnąć po
zerwaniu z miłością mojego życia (bynajmniej za taką ją miałam). Od pierwszego
dnia znajdowałam się pod czujnym okiem mamy, która postawiła sobie za cel
wyciągnięcie mnie z depresji, zanim w ogóle udało mi się w nią wpaść. Działała
czysto zapobiegawczo i choć starałam się, jak mogłam, żeby nie okazywać
zniecierpliwienia i zdenerwowania jej ciągłą obecnością, dobrze wiedziałam,
że znała prawdę od początku. Ale mimo tego wciąż dzielnie trwała u
mojego boku, przechodząc razem ze mną przez wszystkie fazy zerwania.
Po pierwsze – szok po rozstaniu.
Przez pierwsze dni nie miałam pojęcia, co się ze mną działo. Choć powtarzałam
sobie, że wszystko jest w porządku i nie będę rozpaczać, to jednak ciężko mi
było podnieść się z łóżka po nocy spędzonej na… cóż, analizowaniu całej
historii od początku do końca, od końca do początku, a momentami nawet od końca
do środka i odwrotnie. W tej fazie mama okazała się całkiem przydatna.
Całkowicie zmieniła swoją rolę – teraz była moją najlepszą przyjaciółką. W
pewnym sensie zastąpiła mi Marisol, która wciąż była zajęta swoimi (nie
ukrywajmy) ważniejszymi sprawami, oraz Riven. Coldaw wciąż próbowała pozbierać
się po stracie Joycelyn, co oczywiście było zrozumiałe, jednak nie ukrywam, że
brakowało mi jej obecności i wrednych, podnoszących na duchu dowcipów. Tak czy
siak, mama spisywała się świetnie, bo naprawdę potrafiła wyciągnąć mnie z
pokoju. (Choć raz, przyznaję, musiała ściągnąć mnie z łóżka za nogi). Na każdy
dzień miała inną rozrywkę, co miało trzymać moje myśli z dala od Nialla i
smutku, jaki mi pozostawił w prezencie.
Jako drugie nawiedziło mnie
wyparcie – nie chciałam przyjąć do wiadomości naszej „przerwy”. Często miewałam
myśli typu „to był błąd, pewnie o tym wie
i zaraz do mnie wróci”, choć przyjaciółko-mama cały czas odradzała mi
myślenie w podobny sposób. Cóż, tak jak przewidziała, nie wrócił. Przez cały
czas trwania tej fazy, zaszywałam się gdzieś w kącie z telefonem w ręce i
czekałam. Miałam nadzieje, że zadzwoni albo chociaż napisze. Nie napisał. Nie
zadzwonił. To koniec.
Wtedy właśnie poczułam gniew.
Byłam wściekła na niego, na siebie, na cały świat. Jak mógł do tego dopuścić?
Jak ja mogłam do tego dopuścić? Jak w ogóle ktokolwiek lub cokolwiek miało
czelność nas rozdzielić? Podczas trzeciej fazy raczej nie myślałam racjonalnie
– różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Przez chwilę myślałam, że najprostszym
sposobem na uporanie się z sytuacją, będzie sprawienie Horanowi przykrości.
Byłam bliska wysłania mu całkiem nieprzyjemnej wiadomości, w której użyłam dość
mocnych kolokwializmów. Na szczęście wtedy czuwał przy mnie Stanley. W porę
wyrwał telefon z mojej dłoni, by zapobiec nieszczęściu. Byłam mu za to ogromnie
wdzięczna, inaczej skrzywdziłabym kogoś, na kim mimo wszystko wciąż mi zależy.
Po incydencie z wiadomością
niestety nie udało mi się całkowicie otrząsnąć. Przez następne dni trwałam w
stanie „mojej winy”. Zaczęłam
obwiniać siebie za wszystko – za każdą przebytą kłótnię, za jego zdradę, za
swoją pseudo-zdradę, za doprowadzenie do rozstania. Moja wina, moja wina, moja
wina… Tego dnia wreszcie na chwilę zostałam sama. Zaszyłam się w kącie w swoim
pokoju i płakałam. Chyba właśnie tego było mi trzeba – choć przyznam, przy
mamie i Stanie zdarzało mi się uronić kilka łez, to raczej udawało mi się je
hamować. Kiedy znalazłam chwilę dla siebie, wszystko puściło. Na szczęście
każda łza przybliżała mnie do celu – czułam się coraz lepiej, pomału
stabilizowałam emocje, co okazało się kluczowe do zrobienia kolejnego kroku.
Do akceptacji.
Podświadomie czekałam na tę
chwilę, jednak nie potrafiłam od razu wskoczyć na ten poziom. W pewnym
sensie przedwczesna akceptacja byłaby niczym oszukiwanie samej siebie.
Przeszłam wszystkie potrzebne mojemu sercu fazy do odbudowy i powrotu do
rzeczywistości. Z trudem, we łzach, z wiązkami przekleństw na ustach, pokonałam
tę krętą drogę, którą narzuciło mi przeznaczenie. Choć przyznam, że
kilkakrotnie słałam życzenia prosto do spadających gwiazd, by następnego ranka
obudzić się z częściową amnezją, kompletnie nieświadoma bólu i cierpienia,
które powinno mi towarzyszyć. Chciałam iść na łatwiznę, a jednocześnie bałam
się nawet o tym myśleć. Ponieważ samo myślenie o zapomnieniu tak
wspaniałego anioła o blond włosach przypominających aureolę, błękitnych oczach,
w których widziałam odbicie bezkresnego, czystego, bezchmurnego nieba… to nie
było w porządku. Mimo wszystko, co by się teraz nie działo, cieszyłam się z
tego, co razem przeżyliśmy. Każde wzloty i upadki czegoś mnie nauczyły. Nialla
na pewno również, choć nie miałam jak tego sprawdzić.
Obiecałam mamie (i Stanowi), że
nie będę skupiać swoich myśli wokół Niallera. Jednak nie mogłam się powstrzymać
i czasem łapałam się na zastanawianiu… jak on się ma? Jak się czuje? Czy
żałuje? Może już zapomniał… a może jeszcze mu nie przeszło. Może czuje się
podobnie do mnie, może dla niego również to wszystko nie ma sensu.
Chociaż, co by się nie działo u
Horana, dla mnie najważniejsze było to, że ja zdążyłam się już pogodzić z
sytuacją.
Pozostał jeszcze jeden, niewielki
drobiazg. Wciąż nie potrafiłam wyprzeć z podświadomości jednego, kluczowego
słowa, które może wreszcie dałoby mi wolność.
Żałuję.
Żałowałam, że nie zatrzymałam go
przy sobie. Żałowałam, że nie powiedziałam tego, co naprawdę miałam wtedy na
myśli. Żałowałam, że dałam mu odejść bez odpowiedniego pożegnania. Żałowałam,
że nie powiedziałam nawet słowa, nim zniknął za drzwiami. Żałowałam, że nie
zachowałam się inaczej, bo może tak naprawdę problemy, które mieliśmy,
potrafilibyśmy w jakiś sposób rozwiązać.
- Patrz, jak leziesz – burknął
bardzo blady, starszy pan w białym kapeluszu i długiej, czarnej pelerynie,
którego przez przypadek trąciłam ramieniem. Przystanął w miejscu, oglądając się
za mną tylko po to, by jeszcze pogrozić mi palcem, jak jakiemuś małemu bachorowi.
W dodatku miał tak przerażający wyraz twarzy, że przez chwilę naprawdę czułam
strach. Na szczęście zdominowało go oburzenie, które wywołał swoim zachowaniem
posiwiały mężczyzna.
Jak można być takim gburem? I po
co był mu ten płaszcz? Pogoda w lipcu tego roku była niesamowicie zaskakująca –
cały czas świeciło słońce, deszcze zdarzały się sporadycznie, zazwyczaj późną
porą, czasem koło rana. Chyba nikt nie narzekał nawet na wiatr, dzięki któremu
jeszcze nie zwariowaliśmy od gorąca.
Prychnęłam pod nosem, poprawiając
bluzkę na ramiączkach z flagą Anglii. Nie lubiłam takich sytuacji i
zdecydowanie nie przepadałam za ludźmi pokroju tego pana, którego ledwie
dotknęłam ramieniem, a on już gotowy był rzucić mi się do gardła.
Dopiero czyjś głośny śmiech
sprowadził mnie na ziemię, odciągając od głębokich rozmyśleń na temat
nieprzyjemnych, starszych panów. Odwróciłam się na pięcie, zostawiając za sobą
leniwie brnącego do przodu faceta, zastanawiając się kto miał czelność mnie
wyśmiać. Przewróciłam oczami, gdy tylko mój wzrok spotkał się z zielonymi
tęczówkami Luka Hemmingsa – jednego z głównych powodów rozstania, z którym
dopiero co udało mi się pogodzić.
Zastanawiające było to, że
powinnam go nienawidzić, a mimo to wciąż czułam dziwne ciepło w sercu, gdy
wiedziałam, że jest w pobliżu. Najwyraźniej niektórych nie da się zwyczajnie
pozbyć z własnego serca.
Luke uśmiechał się szeroko,
pokazując światu swoje nowo zrobione, lśniące, białe zęby. Szczerzył się od
ucha do ucha, przez co na twarzy pojawiły się mimiczne zmarszczki, które tylko
dodawały mu uroku. Gdy ponownie spojrzałam mu w oczy, miałam wrażenie, że
uśmiech sięgnął nawet tam – biła od niego taka radość, a jednocześnie spokój,
że momentalnie poczułam się lepiej. Miał w sobie coś takiego, że sama jego
obecność czasami wystarczała, by mój humor znacznie się poprawił. Nawet kiedy
nonszalancko opierał się o czerwony, ceglasty mur, z rękami w kieszeniach, za
co miałam ochotę zrównać go z błotem (czasem miał o sobie zbyt wygórowane
mniemanie), wciąż lubiłam, gdy był w pobliżu. Nie potrafiłam zareagować
inaczej, jak odpowiedzieć uśmiechem. Nieco delikatnym, z początku trochę
wymuszonym. Gdy podłapał moją dobrą energię, przyjął ją z podwojoną radością.
Rozłożył szeroko ramiona, zapraszając mnie do uścisku, wyczekująco wlepiając we
mnie oczy.
Nie spuszczałam z niego wzroku,
po kolei wyłapując najdrobniejsze szczegóły – blond włosy połyskujące w blasku
słońca, onieśmielające, nieco natarczywe spojrzenie, kolczyk w wardze, okulary
założone za koszulkę, biały T-shirt opinający jego smukłe ciało, czarne rurki i
czerwone trampki. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają – te same trampki
(lub po prostu identyczne, może zakupił nowe) nosił jeszcze za czasów naszej
szkolnej znajomości.
Ten jeden, naprawdę niewielki
szczegół mocno mnie uderzył, jakbym właśnie dokonała największego na świecie
odkrycia. A jedyne, co w tym momencie odkryłam, to fakt, że Luke wciąż był tym
samym chłopakiem, na którym przez tyle lat mogłam polegać. To na jego ramieniu
zawsze się wypłakiwałam, to z nim wymyślałam najgłupsze żarty, na jakie było
mnie stać. To na jego imprezie po raz pierwszy upiłam się niemalże do
nieprzytomności. To przy nim czułam się bezpiecznie, zwłaszcza w sytuacjach
krytycznych. To on był pierwszym chłopakiem, którego przytuliłam, nie licząc
mojego brata. I to jego tak naprawdę pocałowałam po raz pierwszy, choć tylko
podczas jakiejś głupiej gry, dlatego - według Marisol - aż tak bardzo się nie
liczył.
A co najważniejsze – to jego
uścisku najbardziej mi brakowało. Tylko tyle było mi potrzebne – uścisk od
przyjaciela, który tak dobrze mnie rozumiał. Cóż, moja mama i Stanley naprawdę
bardzo się starali. Robili co w ich mocy, za co byłam wdzięczna, bo
kilkakrotnie zapobiegli tragedii. Jednak ich bliskość nie była w żadnym stopniu
tak… odpowiednia.
Staliśmy tak przez chwilę, on
wciąż zapraszał mnie do siebie, a ja tylko mu się przyglądałam, jak jakaś
idiotka. Chyba wyczuł moje wahanie, bo trochę (tylko troszeczkę, jednak dla
mnie dość zauważalnie) posmutniał i już pomału opuszczał ramiona, kiedy
wreszcie ruszyłam w jego stronę, niemal rzucając się do uścisku. Objęłam go w
pasie, mocno przywierając do jego piersi. Zawsze podobało mi się to, jaki był
wysoki - mógł swobodnie oprzeć brodę o czubek mojej głowy. Jedną dłoń wplótł w
moje włosy, delikatnie mnie przy tym łaskocząc. Drugą objął mnie w talii i
przyciągnął jeszcze bliżej siebie. Nie minęła chwila, kiedy moje policzki i
bluzka Luka zrobiły się mokre. Widocznie wbrew moim oczekiwaniom, wcale nie
wypłakałam wszystkiego. Wciąż miałam w zanadrzu cały potok łez, który teraz
spokojnie znaczył biały materiał na czarno. Po raz kolejny kupiłam zwykły
szajs, zamiast tuszu wodoodpornego.
- Czemu… - chlipnęłam głośno w
jego koszulę, mocno się przy tym czerwieniąc. Pewnie wyglądałam ohydnie, a do
tego brzmiałam jak członek zespołu metalowego. Dobrze, że mnie w tej chwili nie
widział. Odchrząknęłam tylko, i dodałam nieco ciszej: - O nic nie pytasz.
Zawsze zadawałeś mnóstwo pytań.
- Wszystko wiem – odpowiedział.
- Skąd?
- Od Louisa – wyznał z niemałym
wahaniem.
- Louis to straszna papla –
jęknęłam. – Cieszę się, że na ciebie wpadłam.
- Ja też. Chociaż, gdyby moja
koszulka mogła mówić, pewnie byłaby wściekła. – Zaśmiał się, a ja mu
zawtórowałam, jakbym przed chwilą wcale całkowicie się przed nim nie rozkleiła.
Oto jak cudownie działała na mnie jego obecność. Wręcz uzdrawiająco. Pomimo
upływu czasu i tego, ile się wokół nas zmieniło, nasze relacje pozostały bez
zmian, co bardzo mnie cieszyło.
- Przepraszam.
- Nie przepraszaj, przecież tak
naprawdę nie mówi, więc nie wiemy, co myśli – wyjaśnił całkiem poważnym tonem.
- Nie za to… - parsknęłam
śmiechem, trochę się rozluźniając. Nie miałam jednak odwagi spojrzeć mu w oczy,
więc w duchu dziękowałam Bogu, że Luke wciąż nie wypuścił mnie z uścisku i
modliłam się, by jeszcze długo tego nie robił. – Za… całą resztę. Wszystko,
oprócz koszulki - dodałam buntowniczo. Nie mogłam się powstrzymać, by również
zrewanżować się jakimś gorszym dowcipem. Udało się. - Pewnie teraz masz na
pieńku z Niallem, a będziecie razem w trasie. Będzie wam ciężko. No i… za to,
że nie możemy być razem. Za to też przepraszam, bo… chyba narobiłam ci nadziei.
Niepotrzebnie, bo przecież… no wiesz – plątałam się w wyjaśnieniach.
Zdecydowanym ruchem mnie od
siebie odsunął. Przez chwilę myślałam, że chce mnie od siebie całkowicie
odepchnąć, więc mimowolnie skuliłam ramiona, gotowa zamknąć się w sobie.
Dopiero po chwili zrozumiałam, że zrobił to, by móc spojrzeć mi w oczy. Wciąż
trzymał ręce na moich plecach, uspokajająco mnie po nich gładząc. Próbowałam
uciec od niego wzrokiem, jednak szybko go odszukał, tym razem kompletnie
hipnotyzując mnie spojrzeniem.
- Nigdy więcej nie przepraszaj
mnie za to, że dzięki tobie mam nadzieję. Wciąż ją mam i nie odpuszczę. Mówię
to, bo chcę być wobec ciebie fair – powiedział spokojnie, dokładnie wymawiając
każde słowo, żebym czasem nic nie przekręciła.
- Luke… - zaczęłam błagalnie.
- Czekaj. Widzisz, ani razu nie
dałaś mi jasno do zrozumienia, że mam się odczepić. Dlatego tego nie zrobię. Bo
wiem, że też ci na mnie zależy, tylko tak wiele dzieje się wokół ciebie, że nie
potrafisz się teraz odnaleźć. Poczekam. Ułożysz sobie wszystko, a ja z chęcią
ci w tym pomogę. A później… później coś wymyślimy – kontynuował, jakbym wcale
nic nie mówiła.
Nie miałam siły na sprzeczki.
Rzeczywiście, tyle ostatnio działo się dookoła mnie, że nawet nie do końca
rozumiałam, co miał na myśli, mówiąc „coś wymyślimy”. Po prostu pokiwałam
głową, na znak, że się zgadzam, z marszu zapominając, o czym mówił. Ważne, że
był obok. Był przy mnie, mocno trzymał w ramionach i pocieszał.
Na Luka przynajmniej mogłam
liczyć. Zawsze, w każdej sytuacji.
- Będzie dobrze. Poradzisz sobie
bez niego - powiedział.
Milczałam. Nie chciałam
podejmować teraz tego tematu. Nie chciałam wbijać mu noża w plecy, mówiąc, że
wciąż mam nadzieję, że wszystko między mną a Niallem się ułoży i jeszcze
do siebie wrócimy. Wiedziałam, że to nie w porządku wciąż dawać mu nadzieję,
ale rozumiałam również, jak ważne było dla niego, żeby jej nie stracić. Nie
miałam pomysłu, jak zacząć w ogóle ten temat. Milczenie wydawało się idealnym
rozwiązaniem. Przynajmniej chwilowo.
- Zresztą, teraz musisz skupić
się na sobie. Zdaje się, że macie jakiś konkurs do wygrania - dodał po chwili
namysłu.
Moje ciało zesztywniało.
Naturalna reakcja, która pojawiała się na myśl weekendowych finałów i kolejnym
spotkaniu z panną <em>Wiem Wszystko Najlepiej</em>. Od ostatniej
sprzeczki z Ines, na sam dźwięk jej imienia zbierał się we mnie gniew. Zazdrość
i cynizm potrafiłam wybaczyć każdemu, ale szpiegowanie i sabotaż już
niekoniecznie. Po jakie licho wtrącała się między mnie a Horana? Naprawdę nie
rozumiałam, jaki mogła mieć w tym interes, skoro skutkiem mogła być nawet moja
absencja na tak ważnym dla niej wydarzeniu.
- Nawet nie mam już ochoty tam
jechać. Wolałabym od razu wybrać się do Paryża - burknęłam.
- Hej, nawet tak nie mów! Masz
wygraną na wyciągnięcie ręki, wystarczy po nią sięgnąć, a nie się poddawać!
- Tak, tak... - machnęłam ręką,
nieco się od niego odsuwając. Zaczął mówić jak moja mama, co zdecydowanie nie
było pomocne. I ani trochę pociągające.
- Wybierasz się do Paryża? -
zapytał z opóźnieniem, jakby te słowa dopiero do niego dotarły.
Pokiwałam głową.
- Z rodzicami. Oni na tydzień, a
ja... nie wiem, możliwe, że na całe wakacje - odpowiedziałam spokojnie.
Luke nie potrafił ukryć
zdziwienia. Choć jak zwykle zdecydowanie przesadzał z tymi jego teatralnymi
reakcjami. Wyglądał całkiem zabawnie, stojąc z szeroko otwartą buzią, świdrując
mnie wzrokiem. No cóż, lubił dramatyzować. Chociaż, możliwe, że naprawdę
wierzył w to, że będę gdzieś niedaleko podczas ich trasy z chłopakami, co
trochę mnie dziwiło. To, że zrezygnowałam, wydawało mi się oczywistym krokiem.
I odpowiednim.
- Nie bój się, nie wyjeżdżam na
zawsze. - Zaśmiałam się. Wyciągnęłam rękę i delikatnie pomogłam mu zamknąć
buzię, żeby czasem nie najadł się owadów.
- Mam nadzieję, że nie. -
Uśmiechnął się. Albo tak dobrze grał, albo mój wyjazd naprawdę wcale nie zrobił
na nim większego wrażenia. Oprócz lekkiego zdziwienia, nie dał po sobie poznać
żadnych innych emocji, co trochę ugodziło w moją dumę. Myślałam, że będzie mu
trochę bardziej smutno. Nie, żebym chciała, żeby za mną tęsknił...
Odchrząknęłam, odwracając wzrok.
Musiał wyczuć kolejną zmianę w moim nastroju, bo sięgnął po moją dłoń i zaczął
prowadzić mnie w tylko sobie znanym kierunku.
- To kiedy wyjeżdżasz? -
dopytywał.
- Lecę prosto z USA.
- W takim razie jeszcze przed
weekendem mamy do załatwienia bardzo ważną sprawę - rzucił z powagą. Kiedy
dostrzegł moje niepewne spojrzenie, którym niemal błagałam go o więcej
szczegółów, odpowiedział: - Impreza, oczywiście! Myślisz, że cię puszczę bez
odpowiedniego pożegnania? Muszę spędzić z tobą trochę czasu!
Przewróciłam oczami, dając mu do
zrozumienia, że nie mam zbyt wielkiej ochoty na zabawę, jako że dopiero co
pozbierałam się po dotkliwej burzy emocjonalnej. Teraz jedynym, czego
potrzebowałam, był spokój. Za dobrze jednak znałam Luka, żeby wiedzieć, że
nijak nie uda mi się wyperswadować tego pomysłu. Poddałam się więc, próbując od
razu przestawić się na pozytywne myślenie.
Będzie dobrze, powtarzałam te słowa niczym mantrę, gotowa uwierzyć,
że w końcu staną się prawdą. Od dzisiaj będzie
dobrze.
~*~

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!