3 sierpnia 2012

Rozdział VI: Jest zielony, ciepły i włochaty

Anya
Siedziałam na parapecie w swoim pokoju. Spoglądałam przez okno na dzieci bawiące się na placu zabaw, który mieścił się naprzeciwko naszego domu. Skupiłam całą swoją uwagę na rudowłosej dziewczynie, która bawiła właśnie drobną, na oko trzyletnią dziewczynkę. W mojej głowie pojawił się obraz Marisol zabawiającej w przyszłości swoje maleństwo. Jakoś nie potrafiłam do końca wyobrazić sobie Sol - mojej rówieśniczki - w takiej sytuacji.
Nie do wiary, że dziewczyna wkrótce zostanie mamą. To chyba było ostatnie, co w ogóle mogłabym przypuszczać, że jej się przydarzy. Pomału oswajałam się z tą myślą, jednak wciąż nie potrafiłam zrozumieć jak ten idiota, Davo, mógł zostawić ją z tym samą. Jak mógł tak ich potraktować? Przecież to on, do cholery, był - jest - i będzie ojcem! Rozumiałam, że facet mógł się trochę bać, w końcu rodzicielstwo to niełatwy orzech do zgryzienia, ale przydałoby się choć trochę więcej odwagi. Sami do tego doprowadzili, więc obydwoje powinni ponieść konsekwencje.
- Ojciec wydzwania do mnie od rana.
Moje rozmyślania przerwała Marisol, która bez ostrzeżenia wpadła do pokoju niczym błyskawica. Dziewczyna przystanęła na chwilę w progu, patrząc prosto w moje oczy. Byłam zdziwiona i trochę przerażona jej nagłym pojawieniem się, co nie uszło jej uwadze, gdyż na jej ustach dostrzegłam drwiący półuśmiech. Po chwili wygięła wargi w wyrazie zniesmaczenia i ściągnęła swoje idealnie zrobione brwi. Czarna, luźna koszula i dresowe spodnie nie były najciekawszą kreacją, jaką widziałam u przyjaciółki. Nie zdziwiłam się jednak jej nową odsłoną, w końcu czuła się jak u siebie w domu.
Podskoczyłam w miejscu, gdy zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Odebrałaś chociaż jeden telefon? - zapytałam, jeszcze dokładniej się jej przyglądając. Dopiero po chwili dostrzegłam, co mi w niej nie pasowało. Pierwszy raz od dawna miałam okazję widzieć ją bez makijażu. Jej oczy wyglądały na niesamowicie małe, a policzki były mocno zaróżowione. Mimo to, wyglądała ładnie. Bardziej dziewczęco i niewinnie.
Zeskoczyłam z parapetu i usadowiłam się na łóżku, zachęcająco poklepując wolne miejsce obok siebie. Przewróciła oczami, usiadła posłusznie i dopiero wtedy zaszczyciła mnie przenikliwym spojrzeniem. Patrzyła na mnie jak na wariatkę, która uciekła z cyrku. Z twarzy nie schodził jej kpiący uśmieszek, którego pomału zaczynałam mieć dość. Jednak ta "rozłąka" znacząco wpłynęła na nas obie w różny sposób. Jednego mogłam być pewna - Marisol zdecydowanie nie zrobiła się milsza.
- No tak, po co ja w ogóle zadałam to pytanie. – Westchnęłam przeciągle.
- Po co on się dobija? Niech pogada ze swoją kochaną żonką, na pewno dowie się dużo więcej. Wiesz, co mam na myśli. No... bo przecież on zawsze się jej słuchał. Zapewne od razu po powrocie nastawiła go przeciwko mnie. A teraz miała na to dość czasu – prychnęła.
W tym samym momencie ponownie rozdzwonił się jej telefon. Pierwsze dźwięki See you soon delikatnie wpłynęły do moich uszu. Marisol zdegustowana spojrzała na urządzenie (jej oczy zwęziły się w dwie szparki), później przeniosła wzrok na mnie. Wpatrzyłam się w nią, czekając aż pojmie ukryty komunikat: ODBIERZ TEN TELEFON, DO CHOLERY.
- Dobra już, dobra. Nie gap się tak, pogadam z nim – warknęła i wręcz rzuciła się na swoją komórkę, która leżała na kolorowej narzucie w kwiatki, kilka centymetrów od jej dłoni.
- Słucham?! - krzyknęła do słuchawki i ostentacyjnie włączyła głośnomówiący. Dobrze wiedziałam dlaczego. Nie chciała później opowiadać mi całej rozmowy. Wolała, żebym sama stała się jej świadkiem.
- Wreszcie odebrałaś. Gdzie ty się podziewasz, Solly? Aria mówiła, że wyszłaś kilka godzin temu. Myślałem, że kiedy dotrę do domu, to cię w nim zastanę. - Usłyszałyśmy gruby, męski głos. Brzmiała w nim jednak drobna nuta troski i zmartwienia.
Sol spojrzała na mnie zdziwiona.
Nie dość, że jest jędzą, która wywaliła mnie z domu, to jeszcze do tego kłamie?! - wyczytałam z jej mrożącego krew w żyłach wzroku.
- Bo na pewno mnie szukasz – warknęła do słuchawki w odpowiedzi na pytanie. Tak mocno ściskała ją w dłoni, że aż zbielały jej knykcie.
- Martwię się o ciebie. Twoja mama także – mówił spokojnie. I chyba właśnie tym tonem doprowadził moją przyjaciółkę do szału. Spojrzała na telefon z obłędem w oczach.
Jak on śmie nazywać ją MOJĄ MAMĄ?! - zdolności telepatyczne znów dały o sobie znać.
- Ona. Nie jest. Moją. MATKĄ! - podniosła głos. Mówiła tonem wyrażającym stanowczy sprzeciw. - I to ona wyrzuciła mnie z domu, więc nie mów mi teraz jak bardzo się o mnie martwi! Nie chcę mieć z nią nic wspólnego!
- To niedorzeczne. Dlaczego miałaby to zrobić?
Wyglądało na to, że w ogóle o niczym nie wiedział. Sol spojrzała na mnie jeszcze bardziej zdumiona, niż była przed sekundą. Jej czekoladowe oczy były większe niż monety, a malinowe usta lekko rozchylone. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi.
- Bo jestem... - zacięła się. Położyłam dłoń na jej ramieniu i kiwnęłam lekko głową. „Teraz albo nigdy”, szepnęłam do niej bezgłośnie. - Bo jestem w ciąży. - Praktycznie wypluła te słowa.
Głucha cisza zapadła po drugiej stronie linii. Po chwili można było usłyszeć krótki, płytki oddech ojca Marisol. Dziewczyna cierpliwie czekała na jakąkolwiek odpowiedź. Na jakiś znak.
- Aria! - ryknął.
Sol lekko drgnęła, słysząc podniesiony głos ojca. Nie musiałyśmy długo czekać na odpowiedź kobiety.
- Tak, kochanie? - Zapytała przesłodzonym tonem. Ledwo znałam tę kobietę, a na sam dźwięk jej głosu zachciało mi się wymiotować.
Przez chwilę się nie odzywał. Zapewne ciężko było mu zrozumieć całą sytuację. Sprawa spadła na niego niczym grom z jasnego nieba. Wiadomości musiały go przytłoczyć, byłam tego świadoma. W końcu chyba żaden ojciec nie spodziewa się (lub ma nadzieję, że nigdy nie usłyszy) takich słów od swojej bardzo młodej, niezamężnej córki.
- Jak śmiałaś wyrzucić moją córkę z mojego domu?! - krzyknął nagle, czym wystraszył nie tylko moją przyjaciółkę, ale również mnie.
Kolejna chwila ciszy.
- Ale... ale ja nie... Ja nic takiego nie zrobiłam - tłumaczyła się, jąkając co drugie słowo.
Jędza” – syknęła Marisol. Tata dziewczyny chyba w ogóle zapomniał, że wciąż z nią rozmawia. Wdał się w gorzką kłótnię ze swoją żoną, nie zważając na świadków. Słychać było ostrą wymianę zdań, a po chwili szlochanie czarnowłosej kobiety.
Skrzywiłam się. Przestało mi się podobać to, że byłam świadkiem tej rozmowy. W końcu ze zwykłej rozmowy Sol z ojcem zrodziła się kłótnia rodzinna, której nie powinnam była i wcale nie chciałam słyszeć. Zsunęłam się lekko z łóżka, stawiając stopy na podłodze. W momencie, w którym podniosłam się całkowicie z materaca, poczułam na nadgarstku dłoń Marisol. Spojrzała na mnie, wysyłając niemą prośbę. Potrzebowała mojego towarzystwa, co w sumie było zrozumiałe. Choć udawała twardą, to tak naprawdę rzadko potrafiła uporać się z problemami w samotności. Usiadłam z powrotem obok niej, delikatnie obejmując ją ramieniem. Spuściła głowę, słuchając dalej kłótni ojca z przybraną matką.
- Wyjdź – syknął do Arii.
- Ale skarbie, przecież ja tylko starałam się chronić naszą rodzinę! Nasze poglądy są przeciwne...
- Nic już nie mów... Po prostu wyjdź i najlepiej przez jakiś czas już nie wracaj  – warknął zdegustowany.
Potrafiłam sobie wyobrazić jak siedzi w swoim fotelu, podpierając twarz ręką, w której kurczowo ściskał telefon, a drugą pocierając sobie czoło, na którym pojawiło się kilka zmarszczek – w mojej ,,wizji" wyrażały one jego smutek i cierpienie.
- Tato... - Oczy Sol pomału zaczęły zachodzić łzami, choć tak długo próbowała ukryć swoją słabość.
Przeczuwałam jak ogromnie dumna musiała być z niego w takim momencie. Do tej pory miała go za człowieka, który dał się omamić jakiejś głupiej, młodej kobiecie. Wydawało jej się, że nie liczy się już ze zdaniem własnej córki, że ma ją gdzieś. Jednak po takim zwrocie akcji? Gdzie widać było, jak bardzo mu na niej zależy? Marisol musiało się zrobić niebywale głupio, że myślała o nim w ten sposób przez tak długi czas. Ale nikt jej za to nie winił, każdy ma swoje spojrzenie na świat i może się przeciwko niemu czasem buntować. Chwile słabości zdarzają się najlepszym.
- Solly, tak mi przykro, że musiałaś przechodzić przez to sama. Nie miałem bladego pojęcia... Boże, co ze mnie za ojciec! - rzucił bardziej do siebie, niż do Sol. Minęła chwila, nim zdecydował się kontynuować. Odchrząknął, po czym wyznał: - Gdybym wiedział, wróciłbym z tego cholernego Amsterdamu dużo wcześniej. 
Blondynka otarła wierzchem dłoni mokre policzki. Moja ręka odruchowo powędrowała ku jej jasnym lokom. Głaskałam ją po głowie, niczym pięciolatkę, która właśnie zgubiła ulubionego misia.
- Spotkasz się ze mną dzisiaj o siedemnastej w Cannon Bar? Tak jak za dawnych czasów... - dokończył swój wywód.
- Tak, tato... - powiedziała do słuchawki, uprzednio opanowując drżenie głosu. - Tato?
Chwila ciszy.
- Tak?
Marisol zawahała się, nim powiedziała:
- Cieszę się, że wróciłeś.
Uśmiechnęła się przez łzy. Dałabym sobie rękę uciąć, że on też był częściowo szczęśliwy. Może nie z powodu tego, co przydarzyło się córce, ale z powrotu do dawnych relacji.
Rozłączyła się i spojrzała na mnie. W jej oczach widziałam ulgę. Chyba nawet wkradło się tam trochę radości. Chociaż nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa, to wiedziałam, co starała się mi przekazać. Próbowała powiedzieć, jak bardzo się cieszy, że wszystko wkrótce miało wrócić do normy. Zastanawiało mnie już tylko jedno... Skoro jej tata był w Amsterdamie od roku, to...
- Czy on… wiedział o twojej wyprawie do Hiszpanii? - zapytałam.
Marisol pokręciła przecząco głową. Byłam w niemałym szoku. Ja chyba nigdy nie potrafiłabym odważyć się na taki krok, nieważne jak kiepskie relacje miałabym z moimi rodzicami. Co więcej... jak można ukryć coś takiego przed ojcem? To znaczy... czy to w ogóle możliwe, by ojciec przez tyle czasu żył w nieświadomości?
- Gdy dzwonił, zmyślałam, że świetnie mi się żyje z macochą, że wszystko jest w porządku. Zawsze kończyłam rozmowę słowami „nie martw się, mamy się dobrze”, bo zdawałam sobie sprawę, że moje zapewnienia go uspokajają. Szczerze mówiąc teraz boję się, że będzie miał mi za złe te wszystkie kłamstwa. Ale cóż... ja tylko chciałam zacząć wreszcie wszystko na swoją rękę. Nienawidzę być tak bardzo od kogoś uzależniona, a z Arią inaczej się nie dało. Ona musiała wiedzieć o wszystkim, co robiłam. Bez jej pozwolenia nie mogłam wyjść nawet do parku po drugiej stronie ulicy! A przecież ja nawet nie jestem jej córką! - żachnęła się. - I jestem prawie pewna, że nie robiła tego z troski o moje zdrowie, ona po prostu chciała mi uprzykrzyć życie. W dodatku ma świra na punkcie kontrolowania sytuacji.
- Nie do wiary, że tak mało o tobie wiem... - powiedziałam na głos to, co cały czas kołatało mi się w głowie. Przez tak krótki czas Sol bardzo się zmieniła.
- To moja wina. Nie potrzebnie wtedy to wszystko przed tobą ukrywałam. Gdyby nie... eh, nie pokłóciłybyśmy się, nie mieszkałabym w Hiszpanii i nie siedziałabym ci teraz na głowie w twoim domu. Może znalazłabym inne wyjście.
Wtuliła się w moje ramię. Przytuliłam ją do siebie jeszcze mocniej.
- Mamy czas, żeby wszystko naprawić - uspokajałam ją.
- Anya, ja nie chcę wracać do tego pokręconego domu. Chociaż wiem, że teraz, kiedy tata wrócił, będzie trochę inaczej, ale to nie zmienia faktu, że prędzej czy później Aria znowu zacznie się panoszyć. W dodatku w tym miejscu wszystko przypomina mi moją mamę. Kiedy byłam tak daleko od domu potrafiłam odciąć się od przeszłości - żaliła się.
Było mi przykro, oczywiście, że było. Niestety nijak nie mogłam tego wyrazić. Po prostu zabrakło mi słów. Nie miałam bladego pojęcia jak ją pocieszyć. Co powiedzieć, żeby zabrzmiało właściwie. Wtedy wiedziałam tylko jedno...
- Nie musisz tam wracać. Zawsze jesteś tu mile widziana.

*
Od imprezy relacje pomiędzy mną a Harrym trochę się popsuły. Praktycznie rzecz biorąc, to unikaliśmy się na każdym kroku. Żadne z nas nie potrafiło spojrzeć drugiemu prosto w oczy bez gniewu, żalu czy poczucia winy. Miałam wrażenie, że przez nas ogólna atmosfera panująca w domu nieco zgęstniała. Cóż, szczęście w nieszczęściu - to nie była tylko nasza wina. Liam był nadąsany, bo non stop kłócił się z Danielle. Dziewczyna nie wychodziła z pokoju od samego rana. Louis miał na pieńku z Zaynem - nie wnikałam nawet o co konkretnie, bo tych dwoje czasem ciężko było zrozumieć. A Marisol.. jej problemy w rodzinie nie były łatwym orzechem do zgryzienia, więc snuła się gdzieś po kątach niczym cień.
- Mówiłem ci, że masz się trzymać od tego z daleka! – krzyknął Zayn, stojąc na szczycie schodów.
- Skąd miałem wiedzieć, że to dla ciebie takie ważne? Przecież rozmawiałeś z nią zaledwie parę razy... - Louis zbiegł na parter pierwszy i stanął tuż za mną. Wymachiwał dziko rękami na wszystkie strony, gestami próbował chyba dodać więcej siły swoim argumentom.
Siedziałam, praktycznie rzecz biorąc... na linii frontu, więc ciężko było nie zwracać na nich uwagi.
- Może i tak, ale to nie dawało ci żadnego prawa do ingerowania w moje sprawy!
Malik pokonał w końcu resztę stopni i skierował się w stronę kuchni. Przystanął jednak w progu, odwrócił się twarzą do nas i dodał bardzo poważnym tonem:
- Miałem się z nią jutro spotkać, ale widocznie przez ciebie posiedzę sobie sam w swoim pokoju.
- Człowieku, nawet nie wiesz jak ona wygląda! Co z tego, że przysłała ci zdjęcie? To mogło być pierwsze lepsze zdjęcie z Internetu. Skąd wiesz, że nie jest jakąś psycho fanką? Albo nie wiem... dajmy na to... terminatorem? Zastanowiłeś się nad tym?! - Louis nie dawał za wygraną.
- Mogłaby być nawet cyklopem, a i tak nie miałeś prawa pisać do niej czegoś takiego! - warknął Zayn, grożąc Louisowi palcem.
Przewróciłam oczami. Ich konwersacja robiła się coraz głupsza z każdym kolejnym zdaniem.
- Ludzie, oglądam program, jakbyście nie zauważyli, więc albo łaskawie rozwiążecie ten problem w trybie ekspresowym, albo wypad z salonu! - rzuciłam.
Nagle do nich dotarło, że nie są sami. Obydwoje w tym samym czasie przenieśli spojrzenie na mnie, co dało dość upiorny efekt. Ćwiczyli wcześniej synchronizację, czy jak?
- O co w ogóle się tak przekomarzacie? - zapytałam z czystej, ludzkiej ciekawości.
- Poznałem przez Internet super laskę, a ten cymbał napisał do niej, że jestem już żonaty tylko się z tym nie obnoszę i żeby lepiej trzymała się z daleka. - Podszedł niebezpiecznie blisko Louisa. Czyżby był zdolny do rękoczynu w przypływie gniewu?
- To był żart! Skąd miałem wiedzieć, że jest na tyle głupia, by w to uwierzyć?
Mój brat wzniósł ręce do nieba.
- Po co w ogóle do niej pisałeś?! - warknął Zayn. - A gdyby rozpuściła taką plotkę w mediach? Przecież poniekąd ma dowód. Ciekawe co wtedy powiedziałbyś menadżerowi... - dodał z nutą satysfakcji w głosie.
- No, przepraszam! Nie moja wina, nie mogłem się powstrzymać. Na zdjęciu profilowym, które rzekomo było jej, wyglądała jak dinozaur! Nie mogłem ci na to pozwolić! - Louis wykrzywił się na wspomnienie o dziewczynie. Założył ręce na pierś, kręcąc przy tym głową.
- Pozwolić mu na co? - Podpuściłam Louisa. Cała ta sytuacja naprawdę mnie bawiła. Może nawet bardziej jak program, który wcześniej oglądałam.
Zayn wyglądał na zbitego z tropu; przechylił lekko głowę z zaciekawieniem. Wyobraziłam sobie wielki, kolorowy znak zapytania nad jego głową, co wywołało u mnie salwę śmiechu.
- Na randkę z dinozaurem! - znienacka krzyknął Tomlinson, całkiem poważnym tonem.
Niespodziewanie Zayn zaczął się śmiać, a już chwilę później z Louisem padli sobie w objęcia.
Westchnęłam i wróciłam do oglądania reality show. Kilka minut później przez salon przewinęła się Sol, która szukała swojego płaszcza. Ach, ta londyńska pogoda. Miała na sobie czarne dżinsy, białą bokserkę i ładnie podkreślający jej krągłości brązowy sweterek. W pośpiechu zakładała buty. Rzuciła mi przelotnie szeroki uśmiech.
- O której wracasz? Może potrzebujesz podwózki? - zagaiłam, patrząc jak przyjaciółka szykuje się na spotkanie z ojcem.
- Nie, wszystko w porządku. Dojdę tam w kilka minut. Będę z powrotem najpóźniej na dziesiątą. Mówię, bo nie mam kluczy. - Zaśmiała się. - Jestem pewna, że tata przywiezie mnie z powrotem. - Mrugnęła do mnie i wybiegła z domu. Oficjalnie już była spóźniona, ale jej tacie raczej nie robiło to wielkiej różnicy. No, może oprócz tego, że zapewne zdążył już stęsknić się za córką, więc wolałby, by pojawiła się kilka minut przed czasem, niż po.
Nie minęła chwila, a dom opustoszał. Louis wybrał się z Eleanor na kolację, o ile dobrze pamiętałam, to świętowali jakąś rocznicę. Bodajże pierwszej randki. Zayn poszedł spać, jak zapowiadał wcześniej. Liam wyszedł z Niallem na zakupy, po które sama musiałam ich wysłać, marudząc przez prawie dziesięć minut, bo inaczej nie ruszyliby swoich seksownych tyłków z ciepłego domku. W domu zostałam więc tylko ja, Danielle... no i Harry.
Jak na zawołanie pojawiła się Dani, wciąż wściekła na Liama. Przysiadła się obok i popijając colę z puszki, co chwilę przeklinała pod nosem. Rozczochrane włosy dodawały jej tylko uroku. Nawet w zwykłych dresach i bluzie chłopaka, wyglądała zjawiskowo. Niestety, ale ja mogłam tylko pomarzyć o jej wysportowanej figurze.
- No dobra. Co się dzieje, tak na poważnie? - zapytałam, spoglądając w załzawione oczy dziewczyny. Brunetka przetarła je szybko wierzchem dłoni, dopiero wtedy odważyła się odwzajemnić spojrzenie. Wcześniej zachowywała się, jakby w ogóle mnie tam nie było, co trochę mnie zdenerwowało. Przyszła, bo potrzebowała towarzystwa czy tylko chciała zmienić otoczenie?
- Jego obojętność zaczyna mnie denerwować. Powiedziałam mu, że zachowuje się jak szczeniak, który nie potrafi powiedzieć, co na prawdę czuje. - Zerknęła za siebie, sprawdzając czy aby na pewno jesteśmy same. - Chłopak śpiewa o miłości dzień i noc, a nie potrafi powiedzieć tych prostych kilku słów - warknęła. Machnęła ręką, dodając: - Ale... nie, nieważne, nie przejmuj się mną, jakoś to będzie - dodała szybko. Chyba nagle do niej dotarło, że dość bezwiednie mi się zwierzyła. 
Cóż, może nie znałyśmy się kilka lat i nie byłyśmy jeszcze najlepszymi przyjaciółkami, ale rozmawiałyśmy już parę razy na przeróżne tematy, dlatego rozmowa o Liamie wcale mnie zbytnio nie dziwiła. Nie tak, jak chyba samą Danielle.
- Z tego co widzę, to Liam nie jest obojętny. On chyba po prostu nie czuje się dość pewnie, by ci powiedzieć to, co tak bardzo chcesz usłyszeć. Ale usłyszysz... kiedyś. Jak będziesz wystarczająco cierpliwa, tak myślę. - Uśmiechnęłam się pokrzepiająco. - I jak mogę się nie przejmować? Jesteśmy jedną, wielką, szaloną rodziną.
Zaśmiałyśmy się w głos.
- Dziękuję - rzuciła, wstając z kanapy. Nim jednak opuściła salon, dodała jeszcze: - Potrzebowałam tych kilku słów zapewnienia.
Jak zwykle byłam obok, by pomagać każdemu, a sobie wciąż nie potrafiłam. Jak to się działo, że moje rady były cenne dla wszystkich, tylko nie dla mnie?

*
Chwilę później widziałam, jak wychodzi z domu. Powiedziała tylko, że idzie się przewietrzyć i wszystko przemyśleć. Więc (przymykając oko na śpiącego Zayna) zostałam sama ze Stylesem, który cały czas kręcił się po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Wiadome było, że wcześniej czy później dojdzie do konfrontacji między nami.
Przewinął się przez salon do kuchni. Nie zaszczycił mnie nawet jednym spojrzeniem, kiedy schodził po schodach. Ja również starałam się nie zwracać na niego zbytniej uwagi.
- Mamy jakiś sok? - krzyknął, gdy już się tam znalazł. Pytanie o soczek... zawsze jakiś początek rozmowy. Już prawie czułam powagę sytuacji.
- W lodówce, jak zawsze – odpowiedziałam beznamiętnie.
- Chcesz też?
- Czemu nie.
Po chwili wyszedł z kuchni z dwoma kartonami soku pomarańczowego i usiadł obok.
- Mamy szklanki w zmywarce, wiesz? - Spojrzałam na kartony.
- Po co komu szklanki? - Zaśmiał się i wręczył mi jeden z nich.
- Cywilizowanym ludziom na ogół się przydają... - odparłam spokojnie.
Starałam się opanować drżenie rąk. Wcześniej nie widziałam większego problemu w całej sytuacji. Może przez to, że starałam się najzwyczajniej w świecie o tym nie myśleć? Zamiast tego skupiałam się na czymś innym... O dziwo, najczęściej była to postać Niallera, który uśmiechał się promiennie. Po prostu... dzięki tej wizji czułam się pewniej. W końcu to on potrafił uspokoić mnie w zaledwie kilka sekund, co wcześniej innym zajmowało kilka dobrych minut.
Przez jakiś czas siedzieliśmy w ciszy. Nie mogłam wytrzymać już tego napięcia, a z Harrym chyba było podobnie, bo coraz częściej zmieniał pozycję i co chwilę wykręcał sobie palce. Otwarty karton chwiał się niebezpiecznie w jego rękach. W końcu nie udało mu się zapanować nad własnymi ruchami i część zawartości pojemnika znalazła się na jego szarych dżinsach. Zaklął pod nosem i odłożył karton na stolik do kawy. Nie do końca wiedział, co zrobić, a wywnioskowałam to po jego nieskładnych ruchach. Raz po raz próbował wziąć się za czyszczenie, jednak zamiast tego po prostu załamywał ręce.
Obserwowałam jak biedak męczy się z plamą. Musiał poczuć się dość niezręcznie, bo jego policzki oblały się czerwienią. Zielone oczy chłopaka szukały jakiegoś punktu zaczepienia, próbował wszystkiego, żeby tylko nie musieć patrzeć w moje tęczówki. Zacisnął wargi, drapiąc się po głowie.
Jakimś cudem, przez całą sytuację zrobiło mi się lżej na sercu. Problemy, które wydawały się nie do przeskoczenia, straciły na znaczeniu. Poszły w niepamięć. Uśmiechnęłam się pod nosem, podnosząc się z kanapy.
- Poczekaj, nie ruszaj się - nakazałam, dotykając lekko jego ramienia.
Wzięłam z kuchni gąbkę z płynem i suchą ściereczkę. Od razu po wejściu do salonu poczułam na sobie jego wzrok. Tym razem dzielnie, bez wahania spojrzałam mu w oczy. Był zdziwiony i trochę niepewny. Myślał, że chcę mu zrobić krzywdę, czy jak? Przecież nie niosłam w ręce noża, ani niczego równie niebezpiecznego.
Wróciłam na swoje wcześniejsze miejsce i nie zwracając uwagi na niemy protest ukryty w oczach chłopaka, zajęłam się plamą na spodniach. Praca całkowicie mnie pochłonęła, przestałam więc zastanawiać się, co dzieje się w głowie Harry'ego.
- Przepraszam - powiedział cicho.
Gdyby nie to, że telewizor został wcześniej wyłączony (czego właściwie po powrocie nie zauważyłam), to mogłabym równie dobrze w ogóle tego nie usłyszeć. Spojrzałam na niego. Byłam zdziwiona nagłą zmianą zachowania. Zawsze wydawało mi się, że Harry ma w sobie coś z typowego bad boy'a, choć większość określała go jako zwykłego flirciarza. Dlatego przeprosiny mnie zaskoczyły. W końcu bad boy'e chyba nie zajmują się swoim sumieniem i nie tracą czasu na takie gesty?
- Przepraszam za akcję z markerami, to było dziecinne. I za to, co wyprawiałem na imprezie. Nie chciałem ci sprawić przykrości, po prostu... sam nie wiem, chyba tego potrzebowałem - wyznał, niepewnie spoglądając w moje oczy.
- Potrzebowałeś... czego? - zapytałam, trochę zbita z tropu.
- Uwagi - odpowiedział bez wahania.
Zaśmiałam się cicho pod nosem, wracając do czyszczenia dżinsów. No tak, facet, który dostał za mało uwagi od swojej kobiety, pognał do innej, by móc sobie odbić. To wydawało się... takie typowe. Nie ukrywam, że trochę mnie tym zezłościł. Że co, to niby była moja wina? Właśnie tak to odebrałam: gdybym była dla niego lepszą dziewczyną, to nie szukałby pocieszenia u innej.
- Nie o to mi chodziło - powiedział szybko, wyczuwając diametralną zmianę mojego nastroju. A może po prostu poczuł ile siły nagle włożyłam w spieranie plamy? - To moja wina, nieważne co by się działo, nie powinienem był dotknąć tamtej dziewczyny - wyrzucił z siebie na jednym wydechu. Odczekał chwilę, nim dodał: - Wiesz... mam nadzieję, że coś jeszcze między nami zaskoczy - dodał niepewnie. - Między tobą a mną. - Przez chwilę siedziałam bez ruchu, trzymając ręce na jego udzie, zastanawiając się o co mu, do cholery, chodzi. - Bo jak na razie, to wydaje mi się, że to prowadzi donikąd... - Znów nastała chwila milczenia.
Nie potrafiłam się odezwać, coś blokowało mnie od środka. Co mogłam powiedzieć? Że nie mam bladego pojęcia co to miłość, bo do tej pory nikogo nie miałam?  Że, do diabła, nie wiem jak się zachować?
- Czy ty mnie w ogóle lubisz? - zapytał. - Choć trochę? Nawet jako przyjaciela? Bo czasem mam wrażenie, że tylko działam ci na nerwy.
Wydawało mi się, że kolejny raz nie mógł już wprowadzić mnie w osłupienie. Ale jednak... To pytanie mnie zaskoczyło. Czy ja go lubiłam? Na pewno. Tylko... czy w taki sposób o jakim myślał? Cóż, nie byłam do końca przekonana. Zwłaszcza po tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia, kiedy to bezceremonialnie obściskiwał się z inną kobietą. Może... może to wcale nie przez sam fakt zdrady wtedy się we mnie zagotowało. Może byłam o niego zazdrosna? Zazdrość to chyba dobry znak w tej sytuacji.
- Harry... - odezwałam się w końcu, pomału wracając do żywych. Gdy zebrałam w sobie trochę odwagi, po raz kolejny spojrzałam w jego oczy. Było w nich coś, co nie pozwoliło mi już na spuszczenie wzroku. - Tak, chyba tak. - Nie był tego do końca pewny, co wnioskowałam po jego zaciętej minie. - To nie jest takie proste... Dla ciebie może jest, bo miałeś już niejedną, ale ja... powiedzmy, że jestem jeszcze „zielona”. - Zaśmiałam się, czym nieco rozluźniłam sytuację. Udało mi się nawet wywołać delikatny uśmiech na jego twarzy. - Nie wiem, czy to nas do czegoś zaprowadzi, ale to nie znaczy, że nie chcę spróbować - powiedziałam, tym razem całkiem pewna swoich słów. - Ja chyba też powinnam cię przeprosić... To była tylko zabawa, nie powinnam była się na tobie odgrywać. - Przeszło mi przez myśl by dodać, że nic nie wydarzyło się między mną a Niallem, ale Harry'ego najwyraźniej to nie obchodziło, bo wpadł mi w słowo:
- Nie przepraszaj, w końcu to ja zacząłem. Nie drążmy już tego tematu, co? - zapytał z nadzieją.
Kiwnęłam głową na znak zgody. Uśmiechnął się szeroko i pewnie, pokazując przy tym rządek perfekcyjnych, białych ząbków. Nie sposób było nie odwzajemnić gestu, kiedy zwróciło się już uwagę na słodkie dołeczki w policzkach.
Odczytałam zamiary chłopaka jeszcze zanim zaczął sprytnie zmniejszać odległość między nami. Tym razem jednak nie myślałam o ucieczce. Choć serce zaczęło szybciej pracować raczej z nerwów, niż przez samego Harry'ego, to nie robiło mi wielkiej różnicy. Po prostu chciałam mieć to już za sobą. Mój wzrok spoczął na jego malinowych ustach, co odebrał jako ciche przyzwolenie. Nie czekał dłużej, tylko złączył nasze wargi w delikatnym, długim pocałunku.
Nie było fajerwerków. Nie poczułam motylków, ani żadnego innego znaku, który na ogół pojawiał się w komediach romantycznych między osobami sobie przeznaczonymi. Nie martwiłam się tym jednak, w końcu... może tak działo się tylko w filmach?
- Obejrzymy coś? - zapytał, gdy objął mnie ramieniem. Sięgnął po pilot do telewizora.
Zgodnie wybraliśmy komedię. Niestety, ale poprzednia nieprzespana noc dała mi się we znaki i już w połowie filmu po prostu odpłynęłam.

*
Obudziłam się około godziny osiemnastej. Leżałam bez ruchu pod ciepłym kocem, przez jakiś czas nie otwierając jeszcze oczu. Było mi nawet wygodnie, a w dodatku całkiem cieplutko. Światło dnia nie dawało mi jednak upragnionego spokoju i usilnie próbowało wedrzeć się pod moje powieki. Posłusznie otworzyłam oczy, rozglądając się dookoła.
Dopiero po chwili zorientowałam się, że zasypiając nie miałam pod ręką żadnego przykrycia, za to miałam Harry'ego Stylesa, który magicznie wyparował. Z początku byłam pewna, że ciepły koc to jego sprawa jednak z sekundy na sekundę, gdy coraz bardziej się rozbudzałam, pewność gdzieś ulatywała. W końcu to był Harry, on nie myślał o takich drobiazgach. Bynajmniej nie względem mnie.
Przetarłam wierzchem dłoni oczy. Może wciąż śniłam? Rozejrzałam się dookoła. Słońce coraz bardziej chyliło się ku zachodowi. Delikatne promienie pod dziwnym kątem na lustro wiszące przeciwlegle do łóżka, na którym leżałam. Tworzyło tym samym zabawną, kolorową tęczę na zielonej farbie, położonej dwa lata temu - tuż po przeprowadzce - na ścianach. Spojrzałam na zaśmiecone papierami i książkami z literatury biurko. Mój wzrok zawisł na chwilę na jednej z pomiętych kartek. Owa kartka była dopiero zapowiedzią tego wszystkiego, co musiałam opanować, by zdać egzaminy końcowe.
Zdegustowana przewróciłam oczami. To nie był ten czas, w którym miałam przejmować się nauką. Tydzień luzu, który sobie ustanowiłam powinien był się skończyć razem z dniem wczorajszym. Jednak nie miałam sił, by chociażby myśleć o nauce. Wróciłam więc do ciekawszego wydarzenia z dzisiejszego dnia: o ile nie deportowałam się przez sen do tego pokoju, to jak znalazłam się we własnym łóżku?
Po raz kolejny pomyślałam o Harrym. Ta myśl doprowadziła mnie jedynie do niepohamowanego wybuchu śmiechu. Co prawda, mogłam się mylić, dlatego postanowiłam to sprawdzić. Niechętnie wstałam z łóżka. Chcąc, nie chcąc, musiałam wrócić do świata żywych, w końcu gdybym znów poszła spać, to co robiłabym przez całą noc?
Wyszłam na korytarz. Gdy stałam już pod drzwiami do stylesowego pokoju, zaczęłam się zastanawiać czy nie wparować do środka bez zapowiedzi. Uznałam jednak, że pukanie jest bardziej stosowne. Zastukałam więc kilkakrotnie i czekałam na odpowiedź. Po krótkim proszę uchyliłam drewniane drzwi. Hazza leżał już w łóżku, pisząc coś na telefonie. Mojego brata wciąż nie było w pokoju.
Po zdziwionej minie Harry'ego dało się poznać, że nie mnie się spodziewał.
- To twój koc? - Pokazałam zieloną zdobycz. Chłopak pokręcił głową. - A wiesz coś na jego temat?
- Jest zielony, ciepły i włochaty. Powinienem wiedzieć coś więcej? - Próbował ukryć perfidny sarkazm delikatnym śmiechem, jednak i tak wciąż dało się go wyczuć.
Zaszczycił mnie jednym przelotnym spojrzeniem, po czym wrócił do skrobania - jak mi się wydawało - SMS-a. Przewróciłam oczami. Przez tę godzinę mojej „nieobecności” już mu się odwidziało bycie miłym i uprzejmym? Trochę mnie tym zasmucił, jednak nie dałam mu tego po sobie poznać.
- Nie o to mi chodziło, ale dzięki. Miłych snów – szepnęłam i wyszłam, zatrzaskując za sobą drzwi.
Drugą osobą, o której od razu mogłam pomyśleć, był Niall. Chciałam oddać zgubę jak najszybciej. W dodatku ta ciekawska strona mnie nie mogła wytrzymać bez informacji, kto podjął się tak trudnego zadania jak przeniesienie mnie do pokoju. Nie należałam do najlżejszych osób na świecie.
Zrobiłam dokładnie to samo co wcześniej: zapukałam i po krótkim otwarte weszłam do środka. Tym razem nie stałam w progu. Wprosiłam się do środka. Niall siedział na łóżku z gitarą w ręku.
- Zgaduję, że to twoje. – Uniosłam ładnie poskładany kocyk do góry. - Chyba przeszkadzam w tworzeniu - dodałam, zerkając na ołówek, który trzymał w ustach, i notes, leżący tuż przed nim. Zrobiłam krok w tył, z zamiarem szybkiego ulotnienia się z pomieszczenia, jednak chłopak zatrzymał mnie słowami:
- Nie, coś ty. To tylko taka moja wersja pamiętnika, nic wielkiego – wyjaśnił, a raczej wybełkotał z ołówkiem w zębach. Odłożył go na stoliczek obok jego łóżka (był to jedyny mebel, który oddzielał jego łóżko, od łóżka Liama), a gitarę postawił na stojaku w kącie pokoju. Poklepał miejsce obok siebie; nic nie mówiąc, grzecznie usiadłam, uprzednio kładąc zielony kocyk na łóżko Payna. - Spisuję wszystko w piosenkach. A teraz mam zadziwiająco dużo do opisania. - Spojrzał w zadumie przez okno. - Zresztą, nawet jakbym tworzył, to i tak byś mi nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. - Ocknął się po chwili i wzrok zwrócił ku mnie. - Dobrze się spało? Pewno lepiej, niż na tej nędznej sofie, co? - mruknął.
- A więc to ty jesteś tym tajemniczym bohaterem? Dziękuję. Tylko dziwię się, że dałeś radę mnie unieść – zaśmiałam się.
- Daj spokój. Jesteś bardzo lekka. Wydajesz się być taka mała i krucha... - szepnął, patrząc na mnie tymi swoimi niebieskimi oczami. Wygiął wargi w lekkim półuśmiechu. Zarumieniłam się, przez co uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Co to za wydarzenia, o których masz tak wiele do pisania? - zagaiłam, odzyskując głos.
Blondyn zabrał notes sprzed moich oczu, bym nie mogła zajrzeć i uśmiechnął się cwaniacko.
- Niall – jęknęłam, szturchając go w ramię. - Nie daj się prosić. Pokaż mi, przecież to tylko ja – zaśmiałam się. Chłopak przewrócił oczami.
- Jest nieskończona. Prawdziwy mistrz nie pokazuje nieskończonych dzieł.
- Och, mistrzu. Od każdej reguły są wyjątki. – Zmieniłam pozycję na leżącą.
Chłopak położył się obok z westchnieniem.
- Obiecuję ci, że będziesz pierwszą... i mam nadzieję ostatnią – dodał cicho – osobą, która to usłyszy.
- Cieszę się. To będzie zaszczyt - stwierdziłam. - Gdzie jest Liam? - Zmieniłam temat, spoglądając na puste łóżko po drugiej stronie pokoju.
- Może baluje z Danielle – rzucił.
- No, nie wiem, ostatnio coś ostro się pokłócili. – Wróciłam pamięcią do rozmowy z Danielle.
- Już wszystko gra. Spotkaliśmy ją po drodze ze sklepu. Wróciłem do domu, a oni wyszli razem do parku. Wątpię, by szybko wrócił – opowiadał cicho. - Ci dwoje są dla siebie stworzeni. Miał wielkie szczęście, że spotkał tak szybko tą jedyną – westchnął.
- A więc ty jeszcze swojej nie spotkałeś? - zapytałam z nieukrywaną ciekawością.
Cóż, może i życie miłosne mojego przyjaciela to nie mój interes... Chociaż nie, jednak mój.
Niall długo zastanawiał się nad tym, co powiedzieć. Gdy w końcu odpowiednio dobrał słowa, odrzekł:
- Właściwie... mam wrażenie, że już ją znam. Od dłuższego czasu. Los całkiem zabawnie sobie ze mną pograł, bo ja chyba nie jestem typem dla niej. - Zaśmiał się sarkastycznie, na potwierdzenie wypowiedzianych zdań.
- Na pewno jesteś, tylko sam nie masz o tym pojęcia. Takiego faceta to ze świecą szukać. – Niall obdarzył mnie szczerym uśmiechem w odpowiedzi. Nawet w jego błękitnych oczach tańczyły figlarne iskierki szczęścia. Podobało mi się to, iż za każdym razem kiedy byłam w pobliżu, uśmiech nie schodził mu z twarzy. Czasem zastanawiałam się tylko, czy później nie bolą go od tego mięśnie twarzy.
- Myślisz, że Harry jest twoim jedynym? - zagaił, przygryzając dolną wargę.
Spojrzałam gdzieś w sufit, jakbym oczekiwała, że pojawi się tam gotowa odpowiedź. Nie bardzo wiedziałam, co powinnam w takiej sytuacji zrobić, więc postawiłam na szczerość i słowa prosto z serca.
- Z każdym kolejnym dniem jestem coraz bardziej pewna, że nie.
Słowa niemal same wypłynęły z moich ust. Czy nie powinnam była skłamać, że tak? Czułam się dziwnie, mówiąc w ten sposób o jego przyjacielu, a moim domniemanym "chłopaku".
Niall westchnął przeciągle. Coś dziwnego kryło się za tą maską, którą nagle przybrał. Próbował udawać niewzruszonego i obojętnego na tą odpowiedź, ale ja umiejętnie odczytałam z jego oczu tę radość i intrygę.
Jeszcze długo rozmawialiśmy. O wszystkim, o czym tylko się dało. Od miłości, przez przyjaźń i rodzinę, do kariery i planów na przyszłość. Aż w końcu po kilku godzinach nieprzerwanej gadaniny, zmógł mnie sen. Cóż się dziwić, była prawie pierwsza w nocy. Nie miałam ochoty na przenosiny do własnego pokoju. Śpiąc tuż obok niego, czułam się dużo lepiej niż samej w tamtym wielkim pomieszczeniu. A jemu, na szczęście, chyba za bardzo to nie przeszkadzało, bo objął mnie ramieniem w taki sposób, że mogłam spokojnie się w niego wtulić.

~*~
#NU_ff
~zaktualizowane dnia 29.05.15

Cześć, cześć. 
Tym razem dokładnie w termin :D
Hm, mam nadzieję, że jeszcze nie pogubiłam się za bardzo w niektórych wątkach. Staram się jak mogę nie przeskakiwać z jednego do drugiego, ale czasem mi nie wychodzi. Chyba poprawiłam większość błędów, ale jeżeli jakiś znajdziecie to wybaczcie. 
Znalazłam wreszcie odpowiednią, szczerą ocenialnię! Zapraszam wszystkich:
Przy okazji, znów znikam na jakiś czas. Chciałam Was tylko poinformować, że czytam Wasze rozdziały na bieżąco, tylko komentuję z opóźnieniem :)
Pozdrawiam Was serdecznie i zapraszam na prolog mojego nowego opowiadania:

12 komentarzy:

  1. Kocham to normalnie :P
    Spodobała mi się strasznie reakcja ojca Sol , zaskoczył ją tym i dobrze nich trzyma stronę córki ;)
    Rozwalił mnie fragment z Zaynem i Lou, to było boski :P
    "- Pozwolić mu na co? - zapytałam nieco zbita z tropu.
    - Na randkę z dinozaurem! - odpowiedział zdegustowany. " to było prze :D
    Harry tak jakby odrzucony przez dziewczynę to przecież nie dorzeczność, chodzi mi tu o ten pocałunek, ale mi to tam pasuję :P i to jego zachowanie później jak małe dziecko...
    Bardzo lubię te fragmenty kiedy Anya i Niall ze sobą rozmawiają, to jest taka zajefajna przyjaźń, która mam nadzieje przerodzi się w coś więcej :D
    Lekkie załamanie w związku Liama i Danielle, ale już jest dobrze i to się liczy ;)
    Rozdział jako całość genialny ;P
    Czekam na następny ;))
    Pozdrawiam,
    M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Krótko, ale rzeczowo i na temat. Masz duży zasób słów co sobie bardzo cenię wśród czytanych opowiadań. Nie przynudzasz, a czytający ma ochotę na więcej i więcej. Momentem w którym Anya zasypia przy Niallu mnie rozwaliłaś. Jakie to słodkie, też bym chciała zasnąć w jego łóżku. Ciekawi mnie, jak chłopak teraz postąpi... I tak jak mówiłam wcześniej, ona kompletnie według mnie do Hazzy nie pasuje. Niech będzie z Horanem, oni razem są tacy uroczy! Czekam na następny.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tyle się działo w tym rozdziale, że nie mam pojęcia od czego zacząć... Może zacznę, od końca. :) Yea! Rozmowa Anyi i Niall'a jest moim ulubionym fragmentem w tym odcinku! Coś zaczyna się dziać, ale wszystko idzie małymi kroczkami. :D Och! I to zdanie, że nie jest pewna swojego uczucia do Hazzy. (zaciera_ręce), do tego powiem, że jej zachowanie, względem kędzierzawego, jest w pełni (przynajmniej dla mnie) zrozumiałe. To teraz czas na 'wymianę' zdań Lou i Zayn'a. Hahahaha! Cały fragment powalił mnie na kolana i spowodował, że prawie leżałam ze śmiechu! Wzmianka o dinozaurach i ta końcówka - przecudne, po prostu idealnie pasuje do ich zachowania. Co do rozmowy Sol z ojcem mam mieszane uczucia... nie wiem co z tego wyjdzie, ale czekam na rozwiniecie akcji i na next! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaa... temat kłótni Louisa i Zayna był niezły :D Nie mogę się doczekac następnego rozdziału.Szkoda że Anya i Harry się od siebie oddalają ale zawsze uważałam że Niall bardziej do niej pasuje :D Czekam na następny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  5. świetny rozdział. mam nadzieje że Anya i Niall bd razem ;D czekam na następny rozdział <3
    Ruda...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten rozdział był strasznie długi - widać, że masz naprawdę dużo weny na tę historię.
    Ojciec fajnie zareagował na ciążę Sol. W dodatku nawrzeszczał na jej, ekhem, "matkę". Chociaż rozumiem dlaczego dziewczyna woli wciąż pozostać u przyjaciółki.
    Najbardziej podobał mi się fragment z dziewczyną dinozaurem ;) No przecież przyjaciel nie mógłby dopuścić, aby Zayn umówił się z kimś takim, więc dobrze zrobił, mimo że mogłoby to zrodzić wiele plotek w gazetach itp.
    Poza tym z całego serca kibicuję Niallowi jeśli chodzi o serce Anyi. Harry jest uroczym loczkiem, ale ma coś w sobie, hm, irytującego.
    Pozdrawiam i oczywiście nie mam nic przeciwko, że dodałaś mnie do linków :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem jak myśli dotyczące tego rozdziału ująć w słowa. No ale postaram się by moja wypowiedź miała jakiś tam sens.
    Rozdział oczywiście super no bo jakby mogło być inaczej?
    Moja ulubiona część to rozmowa An i Niall'a. Horan jest przeuroczy i według mnie idealnie pasuje do głównej bohaterki. Hazza- cóż nie przepadam za nim w tej historii, jest no cóż okropnym flirciarzem, a ja nie lubię takich typów. Najśmieszniejszy moment to zdecydowanie rozmowa Lou i Zayn'a. Świetnie to wszystko wymyśliłaś. Intryguje mnie rozmowa Sol z ojcem, ciekawi mnie jak to wszystko wyjdzie i czy macocha odejdzie od nich na zawsze, czy to tylko chwilowe. Czekam z niecierpliwością na kolejną część historii, mam nadzieję, że dodasz ją szybko!
    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny
    fleur♥

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj!
    Ten blog jest aktualnie moim ulubionym (a przynajmniej jednym z ulubionych).
    Na początek chciałam pogratulować pomysłu. Harry, a później Niall. Ach...
    Oczywiście liczę na to, że główna bohaterka będzie z blondynkiem, mam do Ciebie tylko jedną prośbę: przedłuż moment, w którym na przykład się pocałują, na jak najbardziej odległy. Uwierz mi, że tak najlepiej się czyta, gdy trzymasz w napięciu.
    Epizod z kocem był bardzo romantyczny. Jeśli Horan jest taki w rzeczywistości, to jego przyszła dziewczyna będzie wielką szczęściarą.
    *
    SPAM to SPAM, więc oddzieliłam gwiazdką. Sama próbuje sił w pisaniu i byłabym przeszczęśliwa, gdybyś odwiedziła mojego bloga. Zależy mi na Twojej opinii. Dla Ciebie to kilka zdań, a dla mnie wielka radocha, nawet jeśli spotkam się z krytyką z Twojej strony.
    http://my-dreams-will-come-alive.blogspot.com/
    Mam nadzieję, że wejdziesz.
    Ściskam, życzę weny oraz chęci do dalszego pisania :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Cześć. Przepraszam, że tak późno, ale byłam na urlopie i nie miałam możliwości komentowania.
    Kurczę, Harry to wkurzający drań. A Niall jest słodki, choć w normalnym rzeczywistym świecie, wolę Stylesa. Jednak w Twoim opowiadaniu jest aroganckim, wrednym casanovą. Uch, jak ja takich nie lubię. Ale i tak jest dla mnie seksowny :D
    Fragment z kocem był śliczny, choć ja wyobrażam sobie w Twojej historii Niall'a jako Hazzę i na odwrót ;p Po prostu nie umiem inaczej, za bardzo go lubię.
    Rozśmieszyła mnie ,,męska wymiana zdań " pomiędzy Louis'em, a Zayn'em :)
    Pozdrawiam i weny życzę ! ;**

    OdpowiedzUsuń
  10. Dinozaur? Nie mów, że Zayn ma taki zły gust. :D Cała ich rozmowa genialna. Ciekawa jestem czy da się to jeszcze jakoś odkręcić czy Zayn na dobre stracił możliwość randki z tą dziewczyną.
    Aria jest wredna. Cała zła macocha z baśni. Bardzo dobrze, że ojciec Marisol poznał prawdę. I odnośnie swojej 'kochanej' małżonki i ciąży córki. Mam nadzieję, że teraz jego relacje z Sol poprawią się bardzo. A Aria przestanie już mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie.
    Nie lubię pary Anya i Harry. Według mnie w ogóle do siebie nie pasują, a ten ich związek nie przynosi żadnych korzyści. Lepiej by oboje wyszli na przyjaźni. Ich przyjaźń możliwe, że trochę ucierpiała przez ten rok pobytu Sol w Hiszpanii, ale z pewnością należy do tych prawdziwych przyjaźni, a te nigdy się nie rozpadają.
    Niall jaki dobry. :D Podobają mi się jako przyjaciele, ale wiadomo ja, jak to ja, wolę, żeby coś się między nimi zadziało. :P

    OdpowiedzUsuń
  11. Dzień dobry ♥ Standardowo przeczytałam w nocy, ale na komentarz stać mnie dopiero rano. Na początku dodam, że Cię kocham ♥
    A co do opowiadania - ojciec Marisol wydaje się być naprawdę w porządku. Przecież to czuć, że on ją kocha. Że jest jego córeczką, jego skarbem. To miło czytać jak powoli wszystko się między nim a dziewczyną zaczyna układać. No, ale kurczę... W sumie to Marisol ma wątpliwości. Ta Aria to jakaś psychopatka normalnie. Ale przecież Solly ma zawsze jeszcze Any, co nie? Przyjaciółki mogą na siebie liczyć w każdej chwili. Skoro potrafiły sobie wybaczyć to wszystko co się stało, to chyba teraz już przejdą przez każdą przeszkodę.
    A widzę, że Zayn już się pociesza, albo nie... podjął próby pocieszania się inną dziewczyną. Albo raczej DINOZAUREM. Hahaha! Na kumpla zawsze możesz liczyć! ;D
    A wiesz co jest straszne?... To że czytałam ten rozdział wczoraj. A wczoraj okazało się, że Liam i Danielle się rozstali. Tak wycelowałam. No takie moje przemyślenia. Ale w opowiadaniu wszystko wyszło na dobre. Przynajmniej tyle.
    A Hazza? Po obejrzeniu tego filmu zostawił ją tam samą na tej kanapie. Omg. Co za żal. I to jego beznadziejnie dziecinne zachowanie jak przyszła do niego. No chyba bym go tam udusiła. Powinien ją do siebie zawołać przytulić, czy choćby zapytać "Jak się spało?". A on co? Jakieś fochy strzela? No co to ma być. Znowu jestem oburzona jego zachowaniem. -.-
    No dobra, ale przecież zawsze jest kochający blondynek ♥ Cudownie się czyta, jak widzę że są ze sobą bardzo zżyci. Ta przyjaźń, a może nawet coś więcej (ze strony Horana na pewno coś więcej) sprawia, że czytam i się uśmiecham do monitora. No ja prawie cały czas się uśmiecham jak czytam takie cudowne opowiadanie. Wspominałam to już? Choć nie, czasami to mi szczęka opada i rozbija się o podłogę, czasami oczy zachodzą mi łzami, ale ogólny sens jest taki, że kocham czytać to co piszesz ♥
    Buziaki, Mai. ;*

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za opinię! To wiele dla mnie znaczy!